7/08/2026

Oniryczne "Sto cieni" Hwang Jungeum

Oniryczne "Sto cieni" Hwang Jungeum


Krótka historia, zawarta na niespełna 120 stronach, jest trochę magiczna, trochę refleksyjna. Z jednej strony smutna, z drugiej dająca nadzieję. To pewien wycinek z życia dwójki młodych ludzi, lekko odrealniony przez wprowadzenie kilku niecodziennych motywów. Sięgnęłam po nią, jadąc na spotkanie z autorką, a że dzięki niewielkiej objętości czyta się ją bardzo szybko, postanowiłam poznać ją do końca.

„Pamiętaj, nie podążaj za cieniem”. To bardzo ważna przestroga, która pojawia się już na samym początku książki. Autorka buduje bardzo oniryczną powieść i bawi się językiem, który wciągnął mnie już od pierwszych zdań. Bohaterka, Eun-gyo, to młoda kobieta pracująca w jednym ze sklepików mieszczących się w odchodzącym w zapomnienie kompleksie giełdy elektronicznej. To właśnie tam poznaje Mu-jae. Historia tej dwójki przeplata się z opowieścią o sklepach, którym grozi zamknięcie, oraz o ich wiekowych właścicielach, którzy spędzili tam całe życie.

Kompleks giełdy elektronicznej – kilka hal, w których ludzie żyją i pracują – jest dziś już przeszłością. Autorka, która brała udział w demonstracjach na rzecz zachowania tego historycznego miejsca, właśnie nim zainspirowała się, pisząc tę historię. Nie samo centrum i jego losy są jednak motywem przewodnim, choć nadają opowieści bardzo wyraźny klimat. W trakcie lektury można zajrzeć nie tylko do sklepu, w którym pracuje Eun-gyo, ale również poznać atmosferę innych punktów mieszczących się w kompleksie. Między wierszami pojawiają się informacje o planach wyburzenia i stopniowym podupadaniu tego miejsca. Całość niesie ze sobą nostalgię za dawnymi czasami oraz smutek związany z tym, co nieuchronnie przyniesie przyszłość.

Mam jednak wrażenie, że centrum jest jedynie tłem tej historii. Powieść skupia się przede wszystkim na młodych bohaterach oraz cieniach, które pozostają istotne od pierwszej do ostatniej strony. To właśnie one stają się w tej opowieści czymś niezwykłym. Jednocześnie nie zaskakują bohaterów – mam wręcz wrażenie, że są dla nich czymś zupełnie naturalnym. Cień każdego człowieka może się oddzielić, choć do końca nie wiadomo, dlaczego tak się dzieje. Jedno jest pewne – podążanie za własnym cieniem to coś, czego absolutnie nie wolno robić, ponieważ może doprowadzić człowieka do zguby.

Związek Eun-gyo i Mu-jae rozwija się bardzo naturalnie. Pracują w tym samym kompleksie, razem jedzą posiłki i wybierają się na krótkie wycieczki. Nie ma w tej relacji wielkich deklaracji ani gwałtownych zwrotów akcji. Jest za to bliskość, która rodzi się z codzienności i wspólnie spędzanego czasu. W ich rozmowach raz za razem powraca motyw cieni, a wraz z nim ostrzeżenie, by nigdy za nimi nie podążać. To zjawisko, które może zniszczyć człowiekowi życie.

Właściwie do samego końca nie wiadomo, czym są tytułowe cienie. Czytelnik może jedynie domyślać się ich znaczenia, co dodatkowo potęguje oniryczny charakter tej opowieści. Zresztą nie są to jedyne niezwykłe elementy tej historii. W jednej z rozmów pojawia się również motyw wirów na głowie, który jeszcze bardziej burzy poczucie rzeczywistości i sprawia, że podczas lektury łatwo zatracić granicę między tym, co realne, a tym, co symboliczne.

Urzekł mnie przede wszystkim język tej powieści, który już od pierwszego zdania zachwyca swoją melodyjnością. Równie mocno przemówił do mnie klimat podupadającego kompleksu, który autorka oddaje z niezwykłym wyczuciem. Czytając opisy sklepików i ich właścicieli, trudno nie odczuć sentymentu i smutku. To właśnie te elementy okazały się dla mnie największymi atutami tej lektury.

„Sto cieni” to utwór, który łączy w sobie elementy realizmu magicznego z próbą ocalenia pamięci o miejscu, które już nie istnieje. Autorka spaja wszystko pięknym, melodyjnym językiem, dzięki któremu bardzo łatwo wejść w tę historię. I choć relacja głównych bohaterów nie zostanie ze mną na długo, to jestem pewna, że jeszcze nieraz pomyślę o starych sklepikach, ich właścicielach i niezwykłym klimacie tego miejsca. W pamięci pozostanie mi również lekkość języka, a same cienie do końca pozostaną zagadką. 



  • Autor: Hwang Jungeum
  • Tytuł: Sto cieni
  • Tytuł oryginalny: 百의 그림자 (baeg-ui geulimja)
  • Tłumaczenie: Dominika Chybowska-Jang
  • Wydawnictwo: Tajfuny
  • Liczba stron: 120
  • Premiera: 25 marzec 2025
  • 7/01/2026

    To nie jest łatwa "Autobiografia śmierci" Kim Hyesoon

    To nie jest łatwa "Autobiografia śmierci" Kim Hyesoon



    Są książki, które zachwycają od pierwszych stron. Są takie, które wymagają cierpliwości. I są wreszcie takie, które budzą przede wszystkim pytania. Dla mnie „Autobiografia śmierci” Kim Hyesoon okazała się właśnie tym trzecim rodzajem lektury.

    To tom niezwykły. Składa się z czterdziestu dziewięciu utworów opisujących kolejne etapy śmierci, do których dołączony został cykl „Oblicze rytmu”. Już sam pomysł na konstrukcję tomu odsyła do buddyjskiej wizji przejścia między życiem a kolejnym wcieleniem. Czterdzieści dziewięć dni to przecież czas bardo – okres pomiędzy śmiercią a odrodzeniem, opisywany w Tybetańskiej Księdze Umarłych. Nieprzypadkowy wydaje się również utwór „Seoul, księga umarłych”, który wyraźnie dialoguje z tą tradycją.

    Kim Hyesoon nie opowiada jednak o śmierci w sposób dosłowny. Tworzy gęstą sieć symboli, surrealistycznych obrazów i metafor. Pojawiają się psy, wrony, lalki, samoloty, wyspy, lustra, królewna Nakrang, wnętrzności, szpitale i nieustannie powracający motyw ciała. Świat żywych i zmarłych przenikają się, a granica między nimi niemal zanika. W wielu miejscach wybrzmiewają także elementy głęboko zakorzenione w kulturze koreańskiej – obecność przodków, nieustanna więź ze zmarłymi, motyw han, czyli trudnego do przełożenia na inne języki doświadczenia nagromadzonego bólu i żalu, a także echa koreańskiego szamanizmu, w którym zwierzęta czy duchy stają się pośrednikami między światami.

    To książka niezwykle świadoma kulturowo i literacko. Widać, że niemal każdy utwór został zbudowany z wielu warstw znaczeniowych i odwołań, które wymagają od czytelnika uważności. Nie jest to poezja prowadząca za rękę. Wręcz przeciwnie – autorka wrzuca nas w sam środek obrazów, z których każdy może znaczyć coś innego.

    I właśnie tutaj pojawiła się moja największa trudność.

    Przez wiele dni czytałam ten tom bardzo powoli. Zatrzymywałam się niemal przy każdym utworze, próbując odnaleźć sens kolejnych metafor. Niektóre teksty rzeczywiście do mnie przemówiły. „Imienniczka”, „Chcę się dostać na tę wyspę”, „Sekcja zwłok”, „AEIOU”, „Kołysanka”, „Imię”, „Zaświaty” czy „Kłamstwo” zostaną ze mną na dłużej. To właśnie w nich odnajdywałam historię, emocje albo obraz, którego mogłam się uchwycić. Jeden z utworów wzruszył mnie naprawdę mocno.

    Jednak większość tomu pozostawiła mnie bardziej z poczuciem podziwu niż poruszenia.

    Z każdą kolejną stroną coraz lepiej rozumiałam, że autorka mówi o śmierci, żałobie, cierpieniu, chorobie i rozpadzie tożsamości. W dodatku „Oblicze rytmu” coraz wyraźniej dostrzegałam, że głównym tematem staje się już nie sama śmierć, lecz życie z bólem – psychicznym i fizycznym. Powracający pies zaczął układać się w symbol cierpienia, traumy czy choroby, a kolejne obrazy budowały spójną wizję człowieka zmagającego się z własnym wnętrzem.

    Problem polegał na tym, że choć rozumiałam coraz więcej, coraz mniej czułam.

    Zamiast zbliżać się do bohaterów czy emocji, coraz częściej miałam wrażenie, że poruszam się po labiryncie symboli. Po pewnym czasie powracające obrazy bólu zaczęły wydawać mi się powtarzalne. Nie dlatego, że nie rozumiałam ich znaczenia, ale dlatego, że przestały mnie emocjonalnie angażować.

    Kilka dni przed zakończeniem lektury nieustannie wracał do mnie „Kot w pustym mieszkaniu” Wisławy Szymborskiej. To również wiersz o śmierci, ale opowiedzianej z perspektywy codzienności. Bez rozbudowanej symboliki, bez konieczności rozszyfrowywania znaczeń. Za każdym razem wzrusza mnie równie mocno. I chyba właśnie wtedy uświadomiłam sobie, że taka poezja jest mi znacznie bliższa.

    Po spotkaniu Klubu Książki Koreańskiej tylko utwierdziłam się w przekonaniu, że „Autobiografia śmierci” jest książką bardzo wymagającą. Prowadząca, opowiadała o licznych odniesieniach do buddyzmu, Tybetańskiej Księgi Umarłych oraz koreańskiej kulturze, pokazując, jak bogata jest warstwa symboliczna tego tomu. Wcześniej czytałam również o samej Kim Hyesoon – poetce uznawanej za jedną z najbardziej oryginalnych i awangardowych współczesnych autorek koreańskich, której twórczość pełna jest wielowarstwowych metafor i nieoczywistych symboli.

    Ta wiedza pozwoliła mi spojrzeć na książkę z większym zrozumieniem, ale nie sprawiła, że stała mi się bliższa.

    Podczas lektury poświęciłam każdemu utworowi naprawdę dużo czasu. Zatrzymywałam się, wracałam do poszczególnych tekstów, szukałam znaczeń i kontekstów. Dzięki wspólnym analizom odkryłam wiele motywów, których sama prawdopodobnie bym nie dostrzegła – od koreańskich legend i motywu han, przez elementy szamanizmu, aż po buddyjskie rozumienie śmierci jako procesu przejścia. Mimo to większość tych wierszy pozostała dla mnie przede wszystkim intelektualną łamigłówką, a nie doświadczeniem emocjonalnym.

    Być może jest to właśnie ten rodzaj poezji, który bardziej się analizuje niż przeżywa. Ja natomiast w poezji szukam przede wszystkim emocji. Nawet jeśli są ukryte między wersami, potrzebuję poczuć je razem z autorem. Tutaj, mimo wielu godzin spędzonych nad kolejnymi utworami, nie udało mi się nawiązać takiej relacji.

    Po zakończeniu lektury zostało ze mną przede wszystkim ogólne wrażenie – śmierci jako procesu, cierpienia wpisanego w ludzką egzystencję oraz nieustannego przenikania się świata żywych i umarłych. Zostało też kilka pojedynczych utworów, do których chętnie wrócę.

    Ale całość najlepiej podsumowuje jedno zdanie: Przeczytałam. Doceniam. Nie chcę wracać. 




    • Autor: Kim Hyesoon
    • Tytuł: Autobiografia śmierci
    • Tytuł oryginalny: 죽음의 자서전 (jug-eum-ui jaseojeon)
    • Tłumaczenie: Ewa Suh, Lynn Suh, Katarzyna Szuster-Tardi
    • Wydawnictwo: Biuro Literackie
    • Liczba stron: 108
    • Premiera: 25 wrzesień 2023

    6/28/2026

    Gdzie leży "Jezioro stworzenia" Rachel Kushner

    Gdzie leży "Jezioro stworzenia" Rachel Kushner


    Są książki, które od pierwszych stron wciągają i nie pozwalają się od siebie oderwać. Są też takie, które intrygują pewnymi elementami, ale ostatecznie nie do końca spełniają oczekiwania. I właśnie takie odczucia zostawiło we mnie Jezioro Stworzenia.

    Najbardziej zaciekawił mnie początek i wszystkie rozważania dotyczące prehistorii człowieka. Wątki związane z neandertalczykami, homo erectus czy homo sapiens oraz nowe odkrycia archeologiczne naprawdę przykuły moją uwagę. To właśnie te fragmenty czytałam z największym zainteresowaniem i szkoda, że później zeszły one na dalszy plan. Chętnie przeczytałabym ich znacznie więcej, bo były dla mnie jednym z najmocniejszych punktów całej powieści.

    Główna historia skupia się na amerykańskiej agentce działającej pod fałszywą tożsamością. Na zlecenie prywatnej organizacji ma przeniknąć do ekologicznej komuny, zdobyć zaufanie jej członków i doprowadzić do jej zniszczenia. Brzmiało to jak zapowiedź historii pełnej napięcia i moralnych dylematów. Liczyłam też, że wraz z poznawaniem mieszkańców komuny bohaterka zacznie patrzeć na świat z innej perspektywy. Tymczasem otrzymałam coś zupełnie innego.

    Agentka Smith z każdą kolejną stroną wydawała mi się coraz bardziej cyniczna, bezduszna i pozbawiona jakichkolwiek wartości poza pieniędzmi. Jej wspomnienia tylko utwierdzały mnie w tym przekonaniu. Do tego dochodzi ciągłe picie, prowadzenie samochodu pod wpływem alkoholu czy wykorzystywanie ludzi wyłącznie jako narzędzi do osiągnięcia celu. To bohaterka, której zwyczajnie nie potrafiłam polubić ani kibicować.

    Również sam pobyt w komunie momentami mnie nużył. Odniosłam wrażenie, że niektóre rozdziały nie wnosiły wiele do historii i niepotrzebnie spowalniały akcję. Paradoksalnie, mimo że spędzamy tam z bohaterką sporo czasu, wcale nie miałam poczucia, że dobrze poznałam tę społeczność. Owszem, wiadomo, że jej członkowie sprzeciwiają się zmianom przemysłowym i walczą o środowisko, ale zabrakło mi głębszego zrozumienia ich codzienności, motywacji i tego, do czego tak naprawdę dążą. Ich przywódca sprawiał natomiast wrażenie człowieka, który decyduje o wszystkim, przez co całość momentami bardziej przypominała sektę niż wspólnotę opartą na wspólnych ideach.

    To, co zapamiętam z tej książki najmocniej, to kilka bardzo nietuzinkowych postaci. Kobieta wykluczona z komuny za własne zdanie, która postanowiła szukać trufli ze swoją świnią. Starsze małżeństwo pragnące dołączyć do wspólnoty, ale odrzucone przez jej członków. Czy wreszcie najbardziej kontrowersyjny bohater – nastolatek, który jako jedenastolatek został ojcem, a własne dziecko wychowuje jak młodszego brata. To właśnie takie epizody sprawiały, że historia nabierała charakteru i wybijała się ponad schemat.

    Duże wrażenie zrobił na mnie również Lambert – człowiek mieszkający w jaskiniach, który po tragedii ze swojej przeszłości odciął się od świata i poświęcił badaniom nad neandertalczykami. To postać tajemnicza, nietuzinkowa i zdecydowanie jedna z ciekawszych w całej powieści. Żałuję tylko, że autorka nie poświęciła mu więcej miejsca, bo właśnie jego historia najbardziej mnie intrygowała.

    Punkt kulminacyjny, czyli protest podczas targów zakończony śmiercią i ucieczką głównej bohaterki, pokazał z kolei, że nad losem wielu ludzi stoją siły, których na co dzień nawet nie dostrzegamy. To chyba jedyny moment, w którym poczułam napięcie i miałam wrażenie, że wszystkie elementy układanki zaczynają się ze sobą łączyć.

    Ostatecznie „Jezioro Stworzenia” okazało się dla mnie książką, która dość mocno rozminęła się z moimi oczekiwaniami. Po opisie spodziewałam się historii o odkrywaniu tajemnic zamkniętej społeczności i stopniowej przemianie bohaterki pod wpływem ludzi, których miała zniszczyć. Tymczasem dostałam opowieść znacznie bardziej chłodną, momentami rozwlekłą i skupioną na bohaterce, z którą nie potrafiłam znaleźć żadnej wspólnej płaszczyzny.

    Nie żałuję tej lektury, bo znalazłam w niej kilka naprawdę interesujących motywów – przede wszystkim tych związanych z prehistorią człowieka oraz postacią Lamberta. Mam jednak poczucie, że całość nie zostanie ze mną na długo. To po prostu nie jest literatura, po którą sięgam najchętniej.

    Choć mnie ta historia ostatecznie nie przekonała, myślę, że znajdzie swoich odbiorców. Szczególnie wśród osób, które lubią niejednoznacznych bohaterów, niespieszną narrację oraz powieści skłaniające do własnych interpretacji. Wiele do odnalezienia będą tu mieli również czytelnicy zainteresowani tematami ekologii, zmian przemysłowych i współczesnych dylematów związanych z relacją człowieka z naturą.



  • Autor: Kusher Rachel
  • Tytuł: Jezioro Stworzenia
  • Tytuł oryginalny: Creation Lake
  • Tłumaczenie: Marek Fedyszak
  • Wydawnictwo: Noir Sun Blanc
  • Liczba stron: 387
  • Premiera: 27 maj 2026
  • 6/20/2026

    Kim są "Anastazja", "Krzysztof" Agnieszka Panasiuk

    Kim są "Anastazja", "Krzysztof" Agnieszka Panasiuk


    Ta dylogia trafiła pod moje skrzydła patronackie, dlatego chciałabym rzetelnie opowiedzieć o niej i o wrażeniach, jakie na mnie wywarła. To jedna z tych historii, które warto poznać. Otwiera bowiem mniej znane okno na przeszłość, pokazując ją przez pryzmat losów zwykłych ludzi oraz problemów, z jakimi musieli się mierzyć każdego dnia.

    Anastazja po kilku latach nauki u prawosławnych sióstr wraca do rodzinnej Białej. Musi zmierzyć się nie tylko z ostracyzmem społecznym jako Polka, która ugięła się przed zaborcą i przyjęła jego wiarę, ale również z trudną sytuacją w domu. Ojciec nieustannie rządzi tam twardą ręką, a matka z powodu choroby ledwo jest w stanie krzątać się po gospodarstwie.

    Na szczęście dziewczyna znajduje zatrudnienie w żeńskim progimnazjum. Chce przekazywać wiedzę i pomagać młodym dziewczętom zdobywać wykształcenie. Czasy, w których przyszło jej żyć, szybko jednak wystawiają ją na próbę. Anastazja styka się z socjalistami, którzy próbują wykorzystać ją do własnych celów. To okres pierwszych strajków robotniczych i szkolnych, kiedy społeczne napięcia stają się coraz bardziej odczuwalne.

    Autorka osadziła historię w czasie, który rzadko trafia na karty powieści. Są to lata 1904–1905 – okres wojny rosyjsko-japońskiej oraz narastającego niezadowolenia społecznego zarówno w Rosji, jak i na terenach zaborczych, w tym na ziemiach polskich. W tym wszystkim śledzimy losy bohaterki, która wielokrotnie przywodziła mi na myśl pozytywistyczne ideały. Szczególnie bliskie wydawały mi się jej wiara w pracę u podstaw oraz przekonanie, że wiedza i edukacja mogą realnie zmieniać ludzkie życie.

    Krzysztof – tytułowy bohater drugiego tomu – jest całkowitym przeciwieństwem Anastazji. Okryty złą sławą, uwodziciel żon i panien na wydaniu, którego podróż z Warszawy do Białej ciągnie za sobą niezbyt chlubne historie. Spotkanie z Anastazją początkowo wydaje się czystym przypadkiem, ale los ma wobec nich własne plany.

    Historia Anastazji i Krzysztofa to opowieść o dwóch różnych światach, odmiennych ideałach i sposobach patrzenia na rzeczywistość. Anastazja wierzy w edukację, pracę u podstaw i pomoc najbiedniejszym. Krzysztof z kolei jest niezwykle radykalny — chce działać tu i teraz, a w dążeniu do swoich celów nie boi się sięgać po najbardziej zdecydowane środki. To zderzenie dwóch postaw i dwóch wizji walki o lepszą przyszłość stanowi jeden z najciekawszych elementów tej historii.

    Właściwie ta historia mogłaby tworzyć jedną książkę. Jest niezwykle płynna i doskonale pokazuje, jak społeczne niepokoje wpływają na losy bohaterów. Szczególnie Anastazja, która do samego końca pozostała dla mnie główną bohaterką tej opowieści, przechodzi ogromną przemianę. Nie tyle wewnętrzną, ponieważ jej ideały pozostają niezmienne, ile życiową. Obserwujemy ją od momentu powrotu ze szkoły, przez burzliwy okres spędzony w Białej, aż po ucieczkę z miasta i dalsze poszukiwanie własnej drogi.

    Autorka zastosowała też ciekawy zabieg w kreacji Krzysztofa. W pewnym sensie igra z oczekiwaniami czytelnika, prowadząc akcję i budując relacje między bohaterami w taki sposób, że łatwo można wyciągnąć błędne wnioski. Nie zdradzę szczegółów, ale bardzo podobało mi się, jak Agnieszka Panasiuk potrafiła wykorzystać ten element, by zaskoczyć odbiorcę.

    Dużym plusem tej historii są również relacje rodzinne bohaterki, które wraz z rozwojem akcji stopniowo pozbawiane są kolejnych warstw tajemnicy. Niejednokrotnie zaskakują zarówno Anastazję, jak i czytelnika, pokazując, jak nieprzewidywalne potrafią być ludzkie losy i relacje. Autorka świetnie ukazuje też, jak bardzo przeszłość wpływa na przyszłość — nie tylko rodziców, ale również ich dzieci, które często muszą mierzyć się z konsekwencjami dawnych decyzji.

    Nie można również zapomnieć o wątkach historycznych, które stanowią tło całej opowieści. Narastające niezadowolenie społeczne jest tu obecne niemal na każdym kroku. Rosyjscy żołnierze stacjonujący w garnizonie muszą mierzyć się z perspektywą wysłania na wschodni front, robotnicy stopniowo uświadamiani są przez socjalistów w kwestii swoich praw, a uczniowie dojrzewają do walki o możliwość nauki w ojczystym języku.

    Wszechobecne strajki i protesty, które początkowo wybuchają w większych ośrodkach, z czasem docierają coraz dalej na wschód. Nie omijają również Białej, gdzie dochodzi do wystąpień brutalnie tłumionych przez zaborcę. Dzięki temu autorka pokazuje, jak wielka historia przenikała do codziennego życia zwykłych ludzi i wpływała na ich decyzje oraz losy.

    „Anastazja” i „Krzysztof” to dwie drogi, dwoje bohaterów i dwa różne wybory. A jednak oba tomy tworzą jedną, płynną historię, która ukazuje życie na początku XX wieku oraz skomplikowane relacje międzyludzkie. To opowieść o pragnieniu zdobywania wiedzy i przekazywania jej innym, ale również o strajkach, działalności konspiracyjnej i walce o zmianę rzeczywistości.

    Autorka umiejętnie splata losy nie tylko bohaterów pierwszoplanowych, ale także postaci drugiego planu, tworząc barwną i angażującą historię. Dla mnie była to bardzo przyjemna lektura — momentami odkrywcza, a momentami porządkująca i ugruntowująca wiedzę o wydarzeniach, które rzadko stają się tłem powieści historycznych. Myślę, że osoby lubiące historie osadzone w przeszłości, a jednocześnie skupione na losach zwykłych ludzi, znajdą tutaj coś dla siebie. 

     



    • Autor: Panasiuk Agnieszka
    • Tytuł: Agnieszka, Krzysztof
    • Wydawnictwo: Szara Godzina
    • Liczba stron: 272; 248
    • Premiera: 17 kwiecień 2026
    Copyright © 2014 Książkowe Wyliczanki , Blogger