piątek, 25 sierpnia 2017

Znacie "Absurdy i kurioza przedwojennej Polski" Remigiusz Piotrowski


Dwudziestolecie międzywojenne - wspaniały okres odbudowy Polski, czas dżentelmenów i dam, powozów, wielkich rodów. Granic państwa, dziś po części zapomnianych. Okres dwudziestolecia jest w jakiś sposób gloryfikowany przez nas. Wtedy młode państwo, po tak długim okresie nieistnienia, samo podnosiło się z kolan. Tylko czy wszystko było tak idealne, jak współcześnie nam się wydaje? Autor powyższej powieści pokazuje, że w wielu kwestiach różowo nie było, niektóre absurdy były podobne do tych czasów współczesnych, a na niektóre kwestie patrzymy z przymrożeniem oka, nie to co ówcześni. Poznajcie "Absurdy i kurioza przedwojennej Polski". 



Przez wszystkie dziedziny życia przetaczała się cała masa przypadków absurdalnych i zabawnych, choć dla ówczesnych obywateli momentami niezbyt miłych. Wykwintne restauracje i "mordownie", powszechna wiara we wróżby, lekarze i znachorzy, miłość i zbrodnie w afekcie, kobiety, zwyczaje. Prasa, nędza, zakupy, zbrodniarze i prawnicy, wielka polityka i lokalne grzeszki, czas wolny, samobójstwa - autor pokusił się o pełen przekrój ówczesnego społeczeństwa pokazując momentami niezwykłe podejście do problemów. Momentami zabawne, czasem przerażające a najczęściej dziwne kwestie życia społecznego sprawiają, że możemy zmienić spojrzenie na dwudziestolecie międzywojenne. 


Konkurencja, zwłaszcza na rynku lokalnym, jest ogromna. Dość powiedzieć, że w dwudziestoleciu międzywojennym w Łodzi pojawią się w sumie aż czterdzieści trzy tytuły, wiele z nich zniknie po jakimś czasie, a rekordzista "Extra-Telegram" będzie ukazywać się tylko przez dwa dni.

Przekrój tematów, których podjął się autor jest naprawdę spory, obejmuje właściwie wszystkie aspekty ówczesnego życia. Od codziennych problemów jak jedzenie, mieszkanie czy miłość, poprzez ambitne spędzanie wolnego czasu, letnie wycieczki czy niecodzienne pokazy, na wielkiej polityce kończąc. Pojawią się tu również zapomniane już (przez nas) zawody, które w dwudziestoleciu nadawały urok tamtejszym czasom. 

Wydawać by się mogło, że to pozycja poważna, zawierająca wiele szczegółów, więc zwyczajnie nudna. Nic bardziej mylnego. Choć oczywiście czyta się ją inaczej niż zwykłą powieść, to język, jakim posługuje się autor sprawia, że bardzo szybko można wciągnąć się w treść, która nie wietrzeje z głowy zaraz po końcu lektury. 

Istotnie woła o pomstę do nieba sposób obchodzenia się handlarzy ulicznych ze sprzedawaną przez siebie żywnością. Nikogo nie dziwi w tym czasie obrazek baby handlującej ubłoconymi obważankami, nierzadko leżącymi na ziemi i wycieranymi od czasu do czasu brudną szmatą. Obok niej miejsce zajmuje sprzedawca landrynek i czekolady. Otoczony chmarą much słodki asortyment praży się na słońcu, zalegając w zakurzonych koszach.

Remigiusz Piotrowski wykonał ciekawy zabieg, pisząc o różnych wydarzeniach w czasie obecnym. Może dzięki temu dwudziestolecie międzywojenne nie wydaje się tak bardzo nam obce, a historie, które wyłaniają się z kart książki brzmią z jednej strony ciekawie, a z drugiej sprawiają, że uśmiechamy się myśląc o ówczesnych czasach. 

Z kart tej książki wyłania się wiedza autora i ogrom informacji jakie zdobył poszukując ich w ówczesnych gazetach. Nie raz i nie dwa, przytacza różne "smaczki" z pism, które pojawiały się w tamtych czasach, a które dla nas mogą wydawać się śmieszne lub nieprawdopodobne. Książka jest zresztą zaopatrzona w wiele zdjęć, czy co ciekawszych artykułów w postaci fotografii. Jest to dodatkowy atut tej pozycji. 
Bezrobocie i brak pieniędzy oraz problemy, z którymi zmaga się młode państwo, stają się źródłem patologii na rynku mieszkaniowym. I właśnie ta nędza, nasilająca się wraz z nastaniem kryzysu ekonomicznego przyczynia się do powstawania w dużych miastach, także w Warszawie, tak zwanego bieda-budownictwa - społecznej odpowiedzi na kryzys mieszkaniowy w dwudziestoleciu międzywojennym. Jak grzyby po deszczu na obrzeżach stolicy powstają dzikie osiedla, a najbiedniejsi (choć nie tylko oni) budują tam lepianki, ziemianki, szałasy, klecą naprędce drewniane budy, zdarza się nawet, że zamieszkują w jaskiniach.
Na kartach powieści znajdziecie tematy śmieszne i absurdalne, ale również niepokojąco przerażające. Kwestie socjalne, obchodzenie się z jedzeniem czy brak sławnych "sławojek" (które zostały dopiero wymuszone w dwudziestoleciu) przeplatają się z najbardziej nieudanymi próbami samobójstw, ulicznymi kuglarzami, powszechną wiarę we wróżby, w której przoduje premier Grabski. Obraz jaki maluje autor (na podstawie ówczesnej prasy) wygląda zupełnie inaczej niż powszechna nam znana wizja idealizacyjna.

Przepisy obowiązujące w przedwojennej Polsce, a przede wszystkim ich interpretacja, stanowią nieprzebrane źródło najcudowniejszych dziwactw i absurdów. Ażeby zgłębić przedwojenne polskie ustawodawstwo, należałoby poza Dziennikiem Ustaw zaznajomić się jeszcze z Monitorem Polskim, dziennikami rządowymi i szesnastoma dziennikami wojewódzkimi. Sam zaś Dziennik Ustaw w roku 1936 to zbiór trzynastu tysięcy ustaw i rozporządzeń, z czego część pochodzi z ustawodawstwa zaborców, a trafiają się tu nawet zapisy z osiemnastego wieku.

Autor wykonał naprawdę szmat pracy wyławiając co ciekawsze smaczki i prezentując je w powyższym tytule. Pokazuje on tą drugą stronę dwudziestolecia, pozwala poznać naszych przodków od innej strony, a jednocześnie zmusza do uśmiechu. Lektura tej książki sprawi wiele radości osobom, które lubią poznawać okres przedwojenny, pokaże im trochę inne spojrzenie na ten czas, które uzupełni posiadaną wiedzę. Będzie też ciekawym sposobem na spędzenie czasu. 



Recenzja napisana dla: 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdy zostawiony komentarz.