3/01/2026

Czy można znaczyć "Mniej niż nic" Elizabeth Kim

Czy można znaczyć "Mniej niż nic" Elizabeth Kim



Dawno nie czytałam książki nasyconej tak wielką ilością trudnych emocji. Mimo niepozornych rozmiarów, historia opowiadana przez narratorkę — przedstawiająca jej losy od najmłodszych lat — niesie ze sobą ogromny emocjonalny ciężar. To opowieść o dziecku narodzonym ze związku Koreanki i Amerykanina, od pierwszych chwil odrzucanym przez wszystkich poza własną matką. Zastanawiam się, jak wielką siłę trzeba w sobie mieć, by przetrwać wszystko, co wydarzyło się w jej życiu.

Na niespełna dwustu stronach autorka, a zarazem narratorka, przedstawia swoje losy — najpierw w Korei Południowej, a później w Stanach Zjednoczonych. W sposób prosty, a jednocześnie subtelny ukazuje życie, jakie ją spotkało. Odrzucona przez koreańskie społeczeństwo, ponieważ jej matka związała się z obcym — Amerykaninem — ona sama została uznana za nieczłowieka (honhyŏl). Wraz z matką żyły na skraju wioski, pogardzane przez innych, nawet przez własną rodzinę. Dziecięce wspomnienia nie pokazują wprost ogromu przemocy, jaka miała wówczas miejsce, lecz bardzo wiele można doczytać między wierszami.

Wiele elementów tej historii przeraża; jednym z nich jest z pewnością śmierć jej matki (ommy), której narratorka była świadkiem jako kilkulatka. Zabili ją najbliżsi — ojciec i brat matki. To wydarzenie odcisnęło się na niej na całe życie. Sama również otarła się o śmierć, jednak przebłysk człowieczeństwa u ciotki sprawił, że trafiła do sierocińca, a następnie została adoptowana przez rodzinę w Stanach Zjednoczonych.

Można mieć nadzieję, że po trafieniu do sierocińca, a następnie do Stanów Zjednoczonych, jej życie wreszcie nabrało lepszego kierunku. Nic bardziej mylnego. Przetrzymywanie dzieci w małych kojcach w placówce prowadzonej przez misjonarzy wywołało u niej klaustrofobię, która towarzyszyła jej w późniejszym życiu, a adopcja przez parę skrajnie ortodoksyjnych chrześcijan przyniosła kolejne lata upokorzeń i traumy. Autorka opisuje te wydarzenia z dużą szczerością, starając się nie oceniać — jedynie pokazuje, jak wpłynęły na nią samą i jakimi konsekwencjami odbiły się w dorosłym życiu.

Myślę, że książka miała dla autorki w pewnym stopniu działanie uzdrawiające. Poprzez opowiedzenie swojej historii mogła ponownie zmierzyć się z bolesnymi doświadczeniami. Jednocześnie wiele z nich opisuje nie z perspektywy dorosłej osoby, lecz oczami dziecka — dziecka, które szukało jedynie akceptacji i miłości, a wielokrotnie doświadczało odrzucenia i trudnych emocji. Podczas lektury nie raz i nie dwa miałam ochotę potrząsnąć dorosłymi bohaterami, uświadomić im, że ich działania niszczą dziecięcą duszę i pozostawiają wiele niewidocznych ran.

Jedynym dobrym wspomnieniem, które bohaterka pielęgnowała, był czas spędzony z ommą — chwile, w których czuła się kochana i bezpieczna. Nawet to jednak próbowano jej później odebrać. Nowi rodzice wielokrotnie wmawiali jej, że omma smaży się w piekle, ponieważ nie wierzyła w Jezusa, że była złą, rozwiązłą kobietą, która popełniła samobójstwo. Czy dla kilkuletniego dziecka, a później nastolatki, może istnieć coś bardziej okrutnego?

Elizabeth Kim nie miała imienia przed adopcją. Jej matka nazywała ją jedynie pieszczotliwie „małą dziewczynką”, nigdy jednak nie nadano jej prawnego imienia. Nie wie, kiedy się urodziła ani ile dokładnie ma lat. Nie zna imienia matki ani ojca. To, co przywołuje w książce, to wspomnienia kilkuletniego dziecka, które wie, że ma matkę, dziadka i wuja, lecz nie zna ich imion. Dokładnie to samo widnieje w jej dokumentacji adopcyjnej.

Ciotka, przyprowadzając ją do sierocińca, stwierdziła, że to obce dziecko, które znalazła na drodze. Takie historie naprawdę się zdarzały. Po wojnie koreańskiej było wiele takich dzieci — porzuconych, często zabijanych. Ich niechciane życie nikogo nie obchodziło. Historia autorki pokazuje tylko jedno istnienie. A ile z nich zostało sprzedanych jako niewolnicy? Taki los mógł spotkać również Elizabeth. W XX wieku wciąż działy się takie rzeczy.

Kolejnym niezwykle oburzającym elementem tej historii jest rzeczywistość w Stanach Zjednoczonych, w której dziewczynka — już od początku nosząca w sobie poczucie bycia gorszą — została w tym przekonaniu utwierdzona przez nowych rodziców. Wiedziała, że powinna być wdzięczna za „uratowanie” z pogańskiego kraju, że powinna cierpieć razem z Jezusem, a jednocześnie przez całe lata żyła w lęku, że jeśli zrobi coś źle, zostanie odesłana. Do tej pory nie zaznała bowiem prawdziwego poczucia bezpieczeństwa — zniknęło ono wraz ze śmiercią matki.

Szczególnie adopcyjna matka jawiła mi się jako osoba, która bezapelacyjnie nie powinna mieć styczności z dziećmi. To podporządkowanie się oczekiwaniom rodziców sprawiło zresztą, że jako nastolatka wyszła za sadystycznego mężczyznę. Niewiele w jej życiu zostało oszczędzone.

Mniej niż nic to książka niosąca ze sobą ogromny ładunek trudnych, bolesnych emocji. Jej lektura nie jest łatwa i pozostawia po sobie poczucie czegoś złego — ciężaru, który nie znika wraz z przewróceniem ostatniej kartki. Polski tytuł różni się od oryginału, który brzmi Tysiąc smutków i być może trafniej oddaje koleje losu autorki.

Dopiero pod koniec pojawia się jedna krótka chwila, przynosząca jej ukojenie: młoda Koreanka, spotkana w restauracji, ukłoniła się jej — gest prosty, a jednocześnie przełomowy. Dla autorki, już jako dorosłej kobiety, był to moment katharsis po latach opluwania, rzucania kamieniami i traktowania jej jak podczłowieka.



  • Autor: Kim Elizabeth
  • Tytuł: Mniej niż nic
  • Tytuł oryginalny: The Thousand Sorrows
  • Tłumaczenie: Danuta Górska
  • Wydawnictwo: Świat Książki
  • Liczba stron: 196
  • Premiera: 22 październik 2002

2/22/2026

Czy wiesz gdzie znajduje się "Chibineko, niezwykła restauracja wspomnień" Yuta Takahashi

Czy wiesz gdzie znajduje się "Chibineko, niezwykła restauracja wspomnień" Yuta Takahashi

Na polskim rynku w ostatnim czasie pojawia się naprawdę wiele tytułów zaliczanych do comfort books. Bardzo duża część z nich wychodzi spod pióra autorów z Azji Wschodniej, w tym z Japonii — kraju, który od dawna kojarzy mi się z kolebką tego typu otulających historii. Nie wszystkie jednak są sobie równe. Jedne wciągają i wywołują emocje, inne pozwalają się przez siebie „prześlizgnąć” i choć bywają ciekawe, nie pozostawiają po sobie zbyt wiele. Myślę, że "Chibineko, niezwykła restauracja wspomnień" jest jednym z tych tytułów, które mocno do mnie trafiły i zdecydowanie zapadły mi w pamięć.

Kotoko nie potrafi poradzić sobie po nagłej śmierci brata, za którą się obwinia. Dziewczyna nie umie ruszyć dalej — jej rodzina pogrąża się w apatii i smutku, aż pewnego dnia dociera do niej informacja o niewielkiej restauracji nad brzegiem morza, w której podobno można spotkać swoich bliskich. Choć Kotoko nie wierzy w taką możliwość, postanawia spróbować, chcąc choć na chwilę zbliżyć się do ukochanego brata. Również młody Taiji zmaga się z wyrzutami sumienia po ostatnim spotkaniu z koleżanką, którą zranił. Starszy mężczyzna z kolei czeka na szansę ponownego spotkania z żoną.

Wszystkie te historie prowadzą do jednego miejsca. Mała restauracja w niewielkiej miejscowości, do której prowadzi ścieżka wyłożona muszlami. Niepozorna, łatwa do przeoczenia. W środku — młody mężczyzna i kot. A jednak to właśnie to miejsce pozwala na ostatnie spotkanie, na uporządkowanie myśli, na wybaczenie win. Autorka wspaniale połączyła cztery historie zawarte w tym zbiorze. Po przeczytaniu całości okazuje się, że ten tytuł różni się od wielu innych — nie tylko przybywają tu osoby z zewnątrz, lecz sama restauracja staje się punktem skupiającym w sobie smutek, tęsknotę i ciche oczekiwanie.

Ważnym elementem tych historii są opowieści rozgrywające się wcześniej — to one pozwalają zbliżyć się do bohaterów i naprawdę poczuć ich smutek. Co istotne, poszczególne historie nie są jednakowe i nie opierają się na jednym schemacie. Każda wychodzi od innego doświadczenia, dzięki czemu całość tworzy spójną, płynną opowieść, a nie zbiór oddzielnych opowiadań. I to, co wydaje mi się najważniejsze — właściciele restauracji nie wierzą w jej nadprzyrodzoną moc. Nigdy nie widzieli rzekomo pojawiających się duchów i choć klienci opowiadają o swoich spotkaniach, traktują je raczej jako wytwór wyobraźni niż coś rzeczywiście nadprzyrodzonego.

Podczas lektury można zastanawiać się, czy spotkania ze zmarłymi rzeczywiście mają miejsce. Być może to posiłek, którego bohaterowie próbują, przywołuje wspomnienia pozwalające oczyścić duszę i odnaleźć spokój. Wydaje mi się jednak, że to, czy spotkania z bliskimi są realne, czy pozostają jedynie w sferze wyobraźni, ma tu drugorzędne znaczenie — i właśnie to jest w tych historiach najbardziej poruszające.

Równie ważnym elementem jest sama restauracja — mocno zaakcentowany powód jej powstania oraz założenie, które przyświeca tworzeniu dań. To właśnie one stanowią trzon tej historii i sprawiają, że miejsce, do którego trafiają bohaterowie, staje się bardziej realne, naznaczone emocjami, a nie jedynie ulotnym, mało wiarygodnym punktem na mapie. Dzięki temu można pokusić się o myśl, że taka niewielka restauracja naprawdę istnieje, a nie jest wyłącznie wytworem wyobraźni autora.

Chibineko to krótka lektura, która niesie ze sobą ogrom emocji. Pokazuje trudne chwile z życia bohaterów oraz ich próby poradzenia sobie ze stratą i bólem. Yuta Takahashi doskonale wyważył te historie — uczynił je bardzo realnymi, a jednocześnie nadał im oryginalności na tle innych powieści z tego gatunku. Zarówno burza emocji zawarta w tej książce, jak i sama restauracja stają się niezwykle istotnymi elementami, które wyróżniają tę opowieść i sprawiają, że na mojej liście comfort books zajmuje ona bardzo wysokie miejsce.

 



  • Autor: Yuta Takahashi
  • Tytuł: Chibineko, niezwykła restauracja wspomnień
  • Tytuł oryginalny: ちびねこ亭の思い出ごはん 黒猫と初恋サンドイッチ (Chibinekotei no omoidegohan)
  • Tłumaczenie: Anna Koike-Kamińska
  • Wydawnictwo: Rebis
  • Liczba stron: 208
  • Premiera: 10 luty 2026

2/18/2026

Surrealizm w "Brokułowy cios" Lee Yuri

Surrealizm w "Brokułowy cios" Lee Yuri


Zaintrygował mnie tytuł tego zbioru, dlatego postanowiłam przyjrzeć mu się bliżej. Autorka, urodzona na początku lat 90., opublikowała Brokułowy cios w 2021 roku — był to jej literacki debiut. Książka składa się z ośmiu opowiadań, które na różne sposoby opowiadają o problemach współczesnych Koreańczyków, choć bez trudu można spojrzeć na nie z szerszej, uniwersalnej perspektywy. Pisarka sięga po surrealizm, wplatając w te historie motywy nadprzyrodzone.

W opowiadaniach składających się na Brokułowy cios pojawiają się bardzo różnorodne, często zaskakujące motywy fabularne. Autorka opisuje między innymi historię prochów ojca, które w nieoczekiwany sposób zaczynają funkcjonować jako roślina, bohatera, którego ręka zamienia się w brokuł, czy człowieka prowadzącego rozmowy z kamieniami. W innych tekstach pojawiają się kosmici ingerujący w codzienność ludzi oraz motyw niewidzialności, który zmienia sposób postrzegania świata przez bohaterów. 

W moich dotychczasowych doświadczeniach z literaturą koreańską rzadko trafiałam na motywy, które można jednoznacznie zaliczyć do fantastyki, dlatego twórczość Lee Yuri od razu skojarzyła mi się z prozą Bory Chung. O ile jednak Chung często sięga po elementy niepokojące, przerażające czy wręcz obrzydliwe, o tyle Yuri wybiera znacznie łagodniejsze środki wyrazu. W jej opowiadaniach dominują motywy roślinne i zwierzęce, choć pojawiają się również kosmici — zawsze jednak w służbie emocji, a nie szoku.

Opowiadania zawarte w zbiorze w różnym stopniu przypadły mi do gustu — jedne przyciągały moją uwagę mocniej, inne nieco słabiej. Tytułowy „Brokułowy cios” nie należy do moich ulubionych tekstów, znacznie bardziej poruszyły mnie historie takie jak „Dryfując”, „Cień paznokcia” czy „Płaski świat”. Mam jednak poczucie, że każde z opowiadań może znaleźć swojego odbiorcę, bo każde dotyka innych problemów społecznych i emocjonalnych, pokazując je z odmiennej perspektywy.

Autorka porusza w swoich opowiadaniach tematy samotności, utraty bliskich, zmagań z własnymi pragnieniami oraz poszukiwania życiowej drogi. Między wierszami pojawiają się jednak także bardziej pozytywne emocje — miłość, przywiązanie, potrzeba bliskości. Patrząc na zbiór jako całość, widać, że choć poszczególne teksty są bardzo różne, łączą je wspólne elementy i wrażliwość, które spajają całą książkę. I choć może się wydawać, że poruszana tematyka — zwłaszcza w zestawieniu z surrealnymi motywami — będzie ciężka czy wręcz depresyjna, sposób narracji sprawia, że opowiadania pozostają zaskakująco lekkie i przyciągające uwagę.

Brokułowy cios to zbiór, który na pierwszy rzut oka może sprawiać wrażenie lekkiego zestawienia surrealistycznych opowiadań. Dopiero po chwili głębszego zastanowienia wyraźnie czuć jednak, że autorka pokazuje dobrze znany, współczesny koreański świat oraz bohaterów mierzących się z codziennymi problemami, z którymi nie zawsze potrafią sobie poradzić. Sposób ujęcia tych trudnych tematów zdecydowanie zasługuje na uwagę, a obecność elementów fantastycznych sprawia, że książka wyraźnie wyróżnia się na tle innych, dotychczas poznanych przeze mnie tytułów z literatury koreańskiej. 




  • Autor: Lee Yuri
  • Tytuł: Brokułowy cios
  • Tytuł oryginalny: 브로콜리 펀치 (beulokolli peonchi)
  • Tłumaczenie: Zuzanna Olszewska
  • Wydawnictwo: ArtRage
  • Liczba stron: 241
  • Premiera: 13 maj 2025

2/14/2026

Bardzo ludzkie "Ciernie i osty" Andrzej H. Wojaczek

Bardzo ludzkie "Ciernie i osty" Andrzej H. Wojaczek


Kilka lat temu poznałam twórczość autora przy okazji lektury „Kłosy” z cyklu „Wrzeciono boga”. Osadzona na Śląsku powieść ukazywała życie młodego chłopaka w czasach, gdy Polska wciąż znajdowała się pod zaborami. Już wtedy zwróciłam uwagę nie tylko na tematykę, lecz także na styl autora – wyrazisty i wyróżniający się na tle innych czytanych przeze mnie książek. Dlatego z dużą przyjemnością objęłam patronatem pierwszy tom nowego cyklu „Żniwo ognia” – „Ciernie i osty”.

Minęło wiele lat od wydarzeń znanych z poprzedniej serii. Teofil Kłosek nie jest już nastolatkiem z małego śląskiego miasteczka. U progu II wojny światowej ma trzydzieści siedem lat i jest zbyt dojrzały, by walczyć w pierwszym szeregu. Zostaje przydzielony do taborów broni podążających za wojskiem. Początek września przynosi jednak chaos: rozproszenie oddziałów, pierwsze nieudane potyczki, dezorientację. W wyniku wojennego zamętu Teofil zostaje sam. W poszukiwaniu swojej kompanii doświadcza samotności, strachu i narastającej niepewności — tym bardziej że ludzie, których spotyka na swojej drodze, często okazują wobec niego wrogość.

Wojna oglądana jego oczami staje się znacznie bardziej ludzka niż ta znana z podręczników historii. Zamiast patetycznych obrazów bohaterów na koniach wyłaniają się ludzie z krwi i kości — pełni wątpliwości, lęku i sprzecznych emocji. Po obu stronach barykady widać przebiegłość, niepokój i desperackie próby znalezienia najlepszego wyjścia z sytuacji. Teofil nie jest pomnikiem. Jest człowiekiem. Choć wojskowy honor każe mu nie ustawać w próbach ponownego dołączenia do oddziału, wydarzenia, których staje się świadkiem, niejednokrotnie zmuszają go do rewizji planów i przekonań.

Autor spaja oba cykle postacią głównego bohatera, jednak różnica czasowa i odmienny kontekst historyczny sprawiają, że są to dwie odrębne opowieści, które można czytać niezależnie. Teofil staje się głosem tej historii — a chwilami można odnieść wrażenie, że także głosem samego autora, zastanawiającego się nad brutalnością i bezsensem wojny. Na przestrzeni całej powieści bohater dzieli się refleksjami na temat ludzkiego sumienia i wyborów, które kształtują człowieka. Sytuacje, w jakich się znajduje, pokazują, że narodowość nie jest wartością nadrzędną, a to właśnie sumienie pozwala podejmować najbardziej ludzkie decyzje.

Autor nie patrzy na wojnę przez pryzmat jednej nacji. Pokazuje zarówno przebiegłość Polaków, Niemców, jak i Ukraińców, nie unika krwawych scen i okrucieństwa. Jednocześnie w tej mrocznej rzeczywistości pojawiają się promyki światła — gesty, które rozjaśniają ciemność wojny. Próby zachowania człowieczeństwa w świecie ogarniętym chaosem nie zawsze przynoszą dobre skutki. Czasem prowadzą do ocalenia, innym razem kończą się bolesną konsekwencją. I właśnie ta niejednoznaczność najmocniej wybrzmiewa w tej opowieści.

Historia zmienia swój wydźwięk w chwili, gdy bohater dociera do Lwowa. Wojska niemieckie jeszcze tam nie wkroczyły, ale coraz wyraźniej słychać o niepokojach nadciągających ze wschodu. W tym politycznym i społecznym tyglu Teofil włącza się w działalność konspiracyjną, zdejmuje wojskowy mundur i próbuje przetrwać. To właśnie tutaj rozegra się wiele wydarzeń, które mocno w niego uderzą i na trwałe wpłyną na jego spojrzenie na świat oraz dalsze wybory.

„Żniwo ognia” w nowy sposób pokazuje początki II wojny światowej — z perspektywy zwykłego żołnierza, zagubionego w chaosie wydarzeń i pozbawionego rzetelnych informacji ze strony dowództwa. Autor w bardzo ludzki sposób oddaje lęk, dezorientację i niepewność tamtego czasu. To doskonały początek cyklu, który wprowadza wiele emocji, a jednocześnie daje wyraźny sygnał, że to dopiero preludium do znacznie większej historii.





  • Autor: Wojaczek Andrzej H.
  • Tytuł: Ciernie i osty
  • Cykl: Żniwo ognia #01
  • Wydawnictwo: Szara Godzina
  • Liczba stron: 344
  • Premiera: 15 październik 2025
Copyright © 2014 Książkowe Wyliczanki , Blogger