Dawno nie czytałam książki nasyconej tak wielką ilością trudnych emocji. Mimo niepozornych rozmiarów, historia opowiadana przez narratorkę — przedstawiająca jej losy od najmłodszych lat — niesie ze sobą ogromny emocjonalny ciężar. To opowieść o dziecku narodzonym ze związku Koreanki i Amerykanina, od pierwszych chwil odrzucanym przez wszystkich poza własną matką. Zastanawiam się, jak wielką siłę trzeba w sobie mieć, by przetrwać wszystko, co wydarzyło się w jej życiu.
Na niespełna dwustu stronach autorka, a zarazem narratorka, przedstawia swoje losy — najpierw w Korei Południowej, a później w Stanach Zjednoczonych. W sposób prosty, a jednocześnie subtelny ukazuje życie, jakie ją spotkało. Odrzucona przez koreańskie społeczeństwo, ponieważ jej matka związała się z obcym — Amerykaninem — ona sama została uznana za nieczłowieka (honhyŏl). Wraz z matką żyły na skraju wioski, pogardzane przez innych, nawet przez własną rodzinę. Dziecięce wspomnienia nie pokazują wprost ogromu przemocy, jaka miała wówczas miejsce, lecz bardzo wiele można doczytać między wierszami.
Wiele elementów tej historii przeraża; jednym z nich jest z pewnością śmierć jej matki (ommy), której narratorka była świadkiem jako kilkulatka. Zabili ją najbliżsi — ojciec i brat matki. To wydarzenie odcisnęło się na niej na całe życie. Sama również otarła się o śmierć, jednak przebłysk człowieczeństwa u ciotki sprawił, że trafiła do sierocińca, a następnie została adoptowana przez rodzinę w Stanach Zjednoczonych.
Można mieć nadzieję, że po trafieniu do sierocińca, a następnie do Stanów Zjednoczonych, jej życie wreszcie nabrało lepszego kierunku. Nic bardziej mylnego. Przetrzymywanie dzieci w małych kojcach w placówce prowadzonej przez misjonarzy wywołało u niej klaustrofobię, która towarzyszyła jej w późniejszym życiu, a adopcja przez parę skrajnie ortodoksyjnych chrześcijan przyniosła kolejne lata upokorzeń i traumy. Autorka opisuje te wydarzenia z dużą szczerością, starając się nie oceniać — jedynie pokazuje, jak wpłynęły na nią samą i jakimi konsekwencjami odbiły się w dorosłym życiu.
Myślę, że książka miała dla autorki w pewnym stopniu działanie uzdrawiające. Poprzez opowiedzenie swojej historii mogła ponownie zmierzyć się z bolesnymi doświadczeniami. Jednocześnie wiele z nich opisuje nie z perspektywy dorosłej osoby, lecz oczami dziecka — dziecka, które szukało jedynie akceptacji i miłości, a wielokrotnie doświadczało odrzucenia i trudnych emocji. Podczas lektury nie raz i nie dwa miałam ochotę potrząsnąć dorosłymi bohaterami, uświadomić im, że ich działania niszczą dziecięcą duszę i pozostawiają wiele niewidocznych ran.
Jedynym dobrym wspomnieniem, które bohaterka pielęgnowała, był czas spędzony z ommą — chwile, w których czuła się kochana i bezpieczna. Nawet to jednak próbowano jej później odebrać. Nowi rodzice wielokrotnie wmawiali jej, że omma smaży się w piekle, ponieważ nie wierzyła w Jezusa, że była złą, rozwiązłą kobietą, która popełniła samobójstwo. Czy dla kilkuletniego dziecka, a później nastolatki, może istnieć coś bardziej okrutnego?
Elizabeth Kim nie miała imienia przed adopcją. Jej matka nazywała ją jedynie pieszczotliwie „małą dziewczynką”, nigdy jednak nie nadano jej prawnego imienia. Nie wie, kiedy się urodziła ani ile dokładnie ma lat. Nie zna imienia matki ani ojca. To, co przywołuje w książce, to wspomnienia kilkuletniego dziecka, które wie, że ma matkę, dziadka i wuja, lecz nie zna ich imion. Dokładnie to samo widnieje w jej dokumentacji adopcyjnej.
Ciotka, przyprowadzając ją do sierocińca, stwierdziła, że to obce dziecko, które znalazła na drodze. Takie historie naprawdę się zdarzały. Po wojnie koreańskiej było wiele takich dzieci — porzuconych, często zabijanych. Ich niechciane życie nikogo nie obchodziło. Historia autorki pokazuje tylko jedno istnienie. A ile z nich zostało sprzedanych jako niewolnicy? Taki los mógł spotkać również Elizabeth. W XX wieku wciąż działy się takie rzeczy.
Kolejnym niezwykle oburzającym elementem tej historii jest rzeczywistość w Stanach Zjednoczonych, w której dziewczynka — już od początku nosząca w sobie poczucie bycia gorszą — została w tym przekonaniu utwierdzona przez nowych rodziców. Wiedziała, że powinna być wdzięczna za „uratowanie” z pogańskiego kraju, że powinna cierpieć razem z Jezusem, a jednocześnie przez całe lata żyła w lęku, że jeśli zrobi coś źle, zostanie odesłana. Do tej pory nie zaznała bowiem prawdziwego poczucia bezpieczeństwa — zniknęło ono wraz ze śmiercią matki.
Szczególnie adopcyjna matka jawiła mi się jako osoba, która bezapelacyjnie nie powinna mieć styczności z dziećmi. To podporządkowanie się oczekiwaniom rodziców sprawiło zresztą, że jako nastolatka wyszła za sadystycznego mężczyznę. Niewiele w jej życiu zostało oszczędzone.
Mniej niż nic to książka niosąca ze sobą ogromny ładunek trudnych, bolesnych emocji. Jej lektura nie jest łatwa i pozostawia po sobie poczucie czegoś złego — ciężaru, który nie znika wraz z przewróceniem ostatniej kartki. Polski tytuł różni się od oryginału, który brzmi Tysiąc smutków i być może trafniej oddaje koleje losu autorki.
Dopiero pod koniec pojawia się jedna krótka chwila, przynosząca jej ukojenie: młoda Koreanka, spotkana w restauracji, ukłoniła się jej — gest prosty, a jednocześnie przełomowy. Dla autorki, już jako dorosłej kobiety, był to moment katharsis po latach opluwania, rzucania kamieniami i traktowania jej jak podczłowieka.
- Autor: Kim Elizabeth
- Tytuł: Mniej niż nic
- Tytuł oryginalny: The Thousand Sorrows
- Tłumaczenie: Danuta Górska
- Wydawnictwo: Świat Książki
- Liczba stron: 196
- Premiera: 22 październik 2002


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za każdy zostawiony komentarz.