10/03/2026

Co przyniesie "W biegu do marzeń" Zuza Kordel

Co przyniesie "W biegu do marzeń" Zuza Kordel



Do moich rąk trafiła historia Dominiki, ostatniej z czterech przyjaciółek. Po wcześniejszych historiach byłam ciekawa tej bohaterki, jej życia i trudności, z jakimi się mierzy. Z drugiej strony przypuszczałam, że może to być moje ostatnie spotkanie ze światem, który poznałam dotychczas. Czy autorka zaskoczy mnie w tym względzie? Tego jeszcze nie wiedziałam. Odrobinę odłożyłam lekturę w czasie, ale kiedy już się za nią zabrałam, błyskawicznie zapoznałam się z tą historią.

Dominika wydaje się szczęśliwa w związku z Michałem, którego poznała kilka miesięcy wcześniej. Ma pracę, w której się spełnia, i przyjaciółki, które są w stanie zrobić dla siebie wszystko. Wydawać by się mogło, że jej życie jest poukładane i spełnione, ale to tylko powłoka. Kobietę nękają demony przeszłości, tym bardziej że Michał wydaje się coś ukrywać. Nie przyjeżdża tak często i jest rozkojarzony. Dominika boi się szczerej rozmowy, a jej podejrzenia zaczynają rosnąć i tworzyć coraz większy mur.

Historia ostatniej z czterech przyjaciółek – Dominiki – nie jest częścią cyklu, a oddzielną historią, podobnie jak wszystkie poprzednie tytuły. Na pewno jednak nie zaszkodzi poznać losów wszystkich czterech przyjaciółek po kolei, bo bohaterowie pojawiają się we wszystkich historiach. Tym razem to Dominika gra główną rolę. Dopiero poznając jej przemyślenia i wspomnienia, można odkryć, jak dużym wyzwaniem są dla niej zaufanie i wiara w szczęśliwe zakończenie.

Dominika wydawała mi się najodważniejszą bohaterką, pewną siebie, samodzielną kobietą, która jest w stanie pokonać wszystkie przeszkody. Jak bardzo pozory mogą mylić. Zachowanie Michała sprawia, że niepewność bohaterki staje się coraz większa. Nie chce zwierzać się przyjaciółkom, dopiero przyparta do muru wyznaje prawdę. Z czasem sama zaczyna prowadzić śledztwo, które sprawia, że jeszcze bardziej nie rozumie zachowania partnera. Wtedy pojawiają się podejrzenia, a wraz z nimi coraz większy strach.

Wraz z bohaterką zastanawiałam się, co powoduje zachowaniem Michała, i chciałam czym prędzej odkryć rozwiązanie. Wiedziałam, że podejrzenia nie mogą okazać się prawdą, ale rozwiązanie, które zaprezentowała autorka, mnie zaskoczyło. Pokazała nie tylko nieznany mi świat, ale również postarała się przedstawić, jak pewne sytuacje mogą być odbierane przez otoczenie. Ten wątek, podobnie jak przeszłość Dominiki, z którą bohaterka mierzy się do tej pory, sprawiły, że książka okazała się bardzo ciekawa na poziomie emocjonalnym.

W historii Dominiki pojawia się też wiele elementów życia codziennego, w którym obecni są przyjaciele i ich rodziny. Mała Malina wnosi do tej historii wiele energii i dziecięcego punktu widzenia, a pomysły przyjaciółek na wyjazd do Włoch również mogą wywołać uśmiech na twarzy. Ta historia jest jak życie – słodka, gorzka, momentami trudna, ale przeplatająca się z chwilami radości.

Wszystkie cztery historie przyjaciółek są ciekawe i dobrze się je czyta. Każda z nich jest też zupełnie inna i porusza kwestie społeczne, na które zdecydowanie warto zwrócić uwagę. Trudno zdecydować, czy któraś z nich może być lepsza od pozostałych. Poruszają tak różne tematy, że chyba nie mogą ze sobą konkurować. Kwestie macierzyństwa, adopcji, emocjonalnego szantażu, brutalności w związku, traum z dzieciństwa, braku wiary w siebie i zaufania, a także śmierci i związanych z nią problemów są tymi trudniejszymi elementami. Jednocześnie każda z książek niesie ze sobą ogrom miłości i siostrzanych uczuć, marzenia, które trzeba spełnić, a także nadzieję na lepsze jutro.

„W biegu do marzeń” doskonale łączy się z poprzednimi historiami Anastazji, Patrycji i Hani. Jest też samodzielną historią o problemach, których nie można zakopywać pod dywan, a szczera rozmowa może wyjaśnić wiele nieporozumień i wątpliwości. Bardzo dobrze się ją czytało i wywołała we mnie sporo emocji. Na pewno nie będzie to ostatnia książka autorki, po którą sięgnę.




  • Autor: Kordel Zuza
  • Tytuł: W biegu do marzeń
  • Wydawnictwo: Emocje Plus Minus
  • Liczba stron: 288
  • Premiera: 26 sierpień 2026

9/30/2026

Jak wygląda "Miłość w wielkim mieście" Sang Young Park

Jak wygląda "Miłość w wielkim mieście" Sang Young Park


„Miłość w wielkim mieście” Sang Young Parka to książka, która zbiera bardzo pozytywne recenzje na całym świecie. Autor pokazuje w niej życie młodego mężczyzny, osoby homoseksualnej, a przede wszystkim jego spojrzenie na miłość, związki i własne miejsce w świecie. Do książki podchodziłam więc z dużym zainteresowaniem, ale niestety ostatecznie nie do końca mnie przekonała.

Na początku historia wydawała mi się naprawdę ciekawa. Podobało mi się spojrzenie bohatera na otaczający go świat i sposób, w jaki autor przedstawiał jego codzienność. Im jednak dalej czytałam, tym bardziej miałam wrażenie, że książka staje się bardzo jednolita. Kolejne wydarzenia zaczęły się powtarzać i miałam poczucie, że historia nie wnosi już niczego nowego.

Z tego, co wiem, autor napisał ją między innymi na podstawie rozmów z różnymi osobami. Być może dlatego podczas lektury trudno było mi jednoznacznie stwierdzić, czy poszczególne rozdziały są osobnymi opowiadaniami, czy raczej kolejnymi fragmentami jednej historii. Dla mnie ostatecznie była to jedna opowieść o mężczyźnie, który sam do końca nie wie, jak chce żyć i czego właściwie szuka.

Bohater próbuje znaleźć swoją drugą połówkę, najczęściej szukając jej w klubach i kolejnych relacjach. Tyle że jego związki są zazwyczaj krótkie i nietrwałe, a w dużej części skupione wokół seksu. Gdyby bohaterką była kobieta, która żyłaby w dokładnie taki sposób, moja opinia o tej historii prawdopodobnie byłaby taka sama. Po prostu lubię, kiedy w książce dzieje się coś więcej.

W zeszłym roku oglądałam film „3670” i choć opowiadał dość podobną historię, zrobił na mnie zdecydowanie większe wrażenie. Być może dlatego, że oprócz relacji głównego bohatera pojawił się tam również wątek Korei Północnej i uciekinierów z tego kraju. Dzięki temu historia miała dla mnie więcej warstw i tematów, które mnie interesowały.

W „Miłości w wielkim mieście” tego trochę mi zabrakło. Poza poszukiwaniem kolejnego chłopaka i kolejnymi relacjami autor niewiele pokazuje. Dlatego najbardziej podobał mi się chyba pierwszy rozdział. Pojawia się w nim nie tylko życie uczuciowe bohatera, ale również jego przyjaźń z kobietą, wzajemne wsparcie i to, jak ważna może być bliska osoba, która nie jest partnerem.

Tego typu relacji i tematów chciałabym w tej książce zobaczyć więcej. Historia skupiona głównie na kolejnych związkach i poszukiwaniu miłości okazała się dla mnie po prostu zbyt monotonna. Rozumiem jednak, dlaczego książka może tak mocno trafiać do innych czytelników. To bardzo osobista opowieść o samotności, poszukiwaniu bliskości i próbie odnalezienia swojego miejsca. Po prostu tym razem nie była to historia dla mnie.




  • Autor: Park Sang Young
  • Tytuł: Miłość w wielkim mieście
  • Tytuł oryginalny: 대도시의 사랑법 (daedosiui salangbeob)
  • Tłumaczenie: Marta Niewiadomska
  • Wydawnictwo: Tajfuny
  • Liczba stron: 216
  • Premiera: 29 kwiecień 2025

  • 9/27/2026

    Co oznacza "Czerwony Krzyż" Sasza Filipenko

    Co oznacza "Czerwony Krzyż" Sasza Filipenko


    Tym razem wybrałam się w podróż w trochę innym kierunku niż zazwyczaj – na wschód od Polski, ale niezbyt daleko. Historia, którą miałam okazję poznać, pokazała mi zupełnie inny świat, choć jednocześnie w pewien sposób bliski współczesnemu człowiekowi. Czerwony Krzyż namalowany na drzwiach stał się przyczynkiem do historii pełnej strachu, okrucieństwa i smutku, a także do przemyśleń nad ludzkim postępowaniem.

    Sasza po śmierci żony, z maleńką córką, przenosi się do Mińska, żeby być bliżej matki. W nowo kupionym mieszkaniu z zaskoczeniem zauważa czerwony krzyż namalowany na drzwiach zarówno swojego mieszkania, jak i innych lokali. Mężczyzna nadal pogrążony jest w smutku po śmierci ukochanej i niechętnie otwiera się na innych, ale jedna z sąsiadek bardzo szybko wkracza w jego życie. Ponad dziewięćdziesięcioletnia kobieta, cierpiąca na zaawansowaną chorobę Alzheimera, opowiada mu o swoim życiu, które było pełne cierpienia, tragedii i osobistych dramatów.

    Przypominam sobie wszystko, co mówiła mi sąsiadka, i myślę, że życie ludzkie nigdy nie podrożeje. To najtańsza z rzeczy. Zmieniać się będą aranżacje, ale nie motyw.

    Historia nie jest łatwa, ale samą książkę czyta się dość szybko. Nie jest to obszerna lektura, a jednocześnie opowieść zawarta na jej stronach wywołuje wiele trudnych emocji. Autor zderza ze sobą dwa światy – młodego mężczyzny, żyjącego współcześnie, oraz dziewięćdziesięcioletniej kobiety, która, jak się okazuje, miała życie niezwykle skomplikowane, trudne i bolesne. Dwa światy – ten współczesny, w kraju Łukaszenki, i ten dawny, naznaczony II wojną światową oraz stalinizmem – ścierają się tutaj, zderzając ze sobą czasy, które na pierwszy rzut oka wydają się tak odległe.

    Mam wrażenie, że ta książka ma kilka warstw, które docierają do czytelnika powoli – najpierw podczas lektury, a potem już po jej zakończeniu, przynosząc różne przemyślenia, niestety w większości niezbyt dobre. Pierwsza historia to ta opowiadana przez Tatianę, starszą kobietę, która wspomina swoje życie – od urodzenia w Wielkiej Brytanii, przez powrót z ojcem do Rosji, aż po czasy II wojny światowej, pracę w LKSZ-u (Ludowym Komisariacie Spraw Zagranicznych) i późniejsze represje. Jej pierwszą i drugą miłość. Małżeństwo, macierzyństwo, cierpienie, łagry, poczucie winy… To wszystko mocny kaliber, bo choć czytałam już wiele książek o II wojnie światowej i stalinizmie, to nie da się przyzwyczaić do zbrodni, tragedii, prześladowań i śmierci.

    (...) z biegiem lat zrozumiałam, że relacje między obywatelami ZSRR a Stalinem były skonstruowane na takiej właśnie zasadzie. Surowego ojca się kocha wbrew te surowości. Nawet tam, w łagrze, kobiety, choć straciły krewnych i bliskich, marzyły o dobrych objęciach wodza. Jak małe dzieci, gotowe na wszystko, byleby tylko tata je kochał, pragnęły odkupić własną winę. 

    Po skończonej lekturze, podczas przemyśleń do tej recenzji, pojawił mi się jeszcze jeden wątek, który niesie bardzo negatywny przekaz o ludzkości. Pojawia się tu dwóch bohaterów pobocznych, których postawa pokazuje, że ludzie się nie zmieniają. „Przecież tak nie było”, „batiuszka Stalin” był doskonałym wodzem, a wszystko to, o czym opowiadają, to tylko plotki. Przecież „batiuszka” Łukaszenka trzyma ten kraj w kupie i nie pozwala wejść tu żadnej zarazie.

    I tak myślę o tych słowach wyrytych na pomnikach: „Nigdy więcej wojny”. I po raz kolejny dociera do mnie, że ludzie się nie zmieniają, a czas zaciera wydarzenia, które miały nigdy nie wrócić.

    - Dowiedziałam się, że podobne jak nas, dorosłych więźniów, dzieci również transportowano do domów dziecka w konwoju, pod strażą, z wilczurami. Przysługiwały im racje żywnościowe oraz, rzecz jasna, praca. Pięć razy w tygodniu z małymi motykami pięciolatki wychodziły do ogrodu plewić grządki. Każda, nawet najmniejsza siła, powinna była wspierać budowę wielkiego kraju. 

    Wydarzenia z przeszłości Tatiany są brutalne. Autor ich nie przemilcza i nie łagodzi tego, co działo się z bohaterką. Szczególnie mocno wybrzmiewa jej ufność, że przecież system nie jest taki zły, a oni niczego nie zrobili. „Jestem przecież obywatelką tego kraju, na pewno to, co się dzieje, jest tylko nieporozumieniem”. Wraz z czytelnikiem Tatiana również wierzy w ten przekaz – przynajmniej do pewnego momentu. I okazuje się, że nawet właśni obywatele, cywile i żołnierze, mogą stać się wrogami dla ideologii.

    Z drugiej strony jest Sasza – młody człowiek, który najpierw żyje w Rosji, a potem w Białorusi, a jednak doświadcza jedynie swoich prywatnych traum. Śmierć w jego przypadku jest jednostkowa. A jednocześnie żyje w świecie ogromnego rozwoju technologii i medycyny, które pozwalają na rzeczy jeszcze niedawno niewyobrażalne. To świat, który dawno zapomniał o dawnych upiorach. Dopiero spotkanie z Tatianą sprawia, że Sasza doświadcza ich na zupełnie innym gruncie.

    Jeszcze jednym istotnym elementem tej historii jest instytucja Czerwonego Krzyża. Ten tytułowy symbol okazuje się niezwykle ważny dla całej opowieści. Listy wysyłane do ZSRR przez Czerwony Krzyż pokazują próby porozumienia, wymiany jeńców wojennych, chęć rozmowy. Inne europejskie kraje próbują w ten sposób nawiązać nić porozumienia, a ze strony ZSRR za każdym razem jest tylko cisza. „Nie odpowiadać”.

    „Czerwony Krzyż” to powieść bardzo mocna w swoim przekazie. Książka napisana przez Białorusina, który został zmuszony do emigracji z kraju, niesie ze sobą bardzo trudne przesłanie. Bo ta historia nie jest tylko opowieścią o zapomnianej przeszłości. Przypomina o świecie, który w pewien sposób może do nas wrócić. Myślę, że to lektura ważna i warta uwagi. I na pewno zostanie na dłużej w moich myślach.


    • Autor: Filipenko Sasza
    • Tytuł: Czerwony Krzyż
    • Tytuł oryginalny: Красный крест
    • Tłumaczenie: Agnieszka Sowińska
    • Wydawnictwo: Noir sur Blanc
    • Liczba stron: 206
    • Premiera: 16 wrzesień 2026








    9/23/2026

    Kim jest "Dziewczyna znad morza" Dorota Milli

    Kim jest "Dziewczyna znad morza" Dorota Milli


    Wybierając książki na urlop, stwierdziłam, że historia osadzona nad morzem może być świetnym pomysłem. „Dziewczyna znad morza” Doroty Milli trafiła więc do mojej walizki trochę w ciemno. Dopiero podczas lektury zorientowałam się, że jest to drugi tom i że powinnam wcześniej poznać historię drugiej bohaterki, która tutaj pojawia się gdzieś w tle. Sama książka zresztą dość długo czekała na swoją kolej na mojej półce. Czy było warto po nią sięgnąć? Myślę, że tak, choć nie do końca dostałam to, czego się spodziewałam.

    Liwia Duńczyk zajmuje się zawodowo zarządzaniem kryzysowym, więc na co dzień zdecydowanie częściej przewiduje problemy, niż pozwala sobie na spontaniczność. Lubi spokojne, uporządkowane życie, czarno-białe filmy i muzykę z dawnych lat. Kiedy niespodziewanie traci pracę, początkowo może się wydawać, że jej świat właśnie się zawalił. Tymczasem utrata dotychczasowego zajęcia staje się dla niej szansą, by zacząć myśleć o sobie i spróbować czegoś nowego. Na jej drodze pojawia się jednak Robert – lider konkurencyjnej grupy, z którym Liwia szybko wchodzi w relację pełną rywalizacji, niechęci, przyciągania i odpychania.

    To była ciekawa lektura. Powieść obyczajowa, ale z romansem dość nietypowym. Przede wszystkim spodobała mi się sama Liwia. Jest cicha, spokojna, pracuje po swojemu i zdecydowanie nie należy do osób, które będą walczyć za wszelką cenę. Nie jest typem bohaterki, która za wszelką cenę musi wygrać i będzie dążyć do celu aż do upadłego. Kiedy podstępem odbiera komuś klienta, źle się z tym czuje. I właśnie ta jej niechęć do bezwzględnej rywalizacji wydała mi się bardzo ciekawa.

    Tym bardziej interesująca była jej relacja z Robertem. Spodziewałam się raczej klasycznego romansu, który będzie się powoli rozwijał mimo przeciwności. Tymczasem tutaj trudno mówić o delikatnym uczuciu, które od początku prowadzi bohaterów w jednym kierunku. Jest za to walka, rywalizacja i kwestia wygranej. Żadne z nich nie chce odpuścić, a ich relacja opiera się przede wszystkim na ciągłym przyciąganiu i odpychaniu.

    Początkowo bardzo mnie to bawiło i byłam ciekawa, dokąd autorka poprowadzi tę historię. W pewnym momencie jednak walka między Liwią i Robertem zaczęła mnie trochę nużyć. Było jej po prostu za dużo, a ja miałam wrażenie, że ich relacja przez dłuższy czas stoi w miejscu i nie posuwa się wystarczająco do przodu.

    Miałam też nadzieję, że skoro akcja dzieje się w Gdyni, morze będzie miało w tej historii większe znaczenie. Tymczasem morza właściwie nie uświadczyłam. Za to bardzo podobał mi się nostalgiczny klimat, który tworzyły piosenki i stare filmy. To właśnie te elementy najbardziej budowały atmosferę książki.

    Duży plus daję natomiast za rozwój Liwii. Za to, że zaczęła w końcu myśleć również o sobie, a nie wyłącznie o innych. I chyba właśnie ta jej przemiana była dla mnie ciekawsza niż sam wątek romantyczny.

    Podsumowując, „Dziewczyna znad morza” okazała się lekką lekturą na lato. Dobrze sprawdziła się podczas urlopu, ale raczej nie jest to książka, która zostanie ze mną na dłużej. Miło spędziłam z nią czas, ale po zamknięciu ostatniej strony nie miałam poczucia, że długo będę do niej wracać myślami.

     




    • Autor: Milli Dorota
    • Tytuł: Dziewczyna znad morza
    • Cykl: Hana i Liwia #02
    • Wydawnictwo: Filia
    • Liczba stron: 448
    • Premiera: 24 luty 2021

    9/19/2026

    Opowiadania o Singapurze w "Miasto lwa" Ng Yi-Sheng

    Opowiadania o Singapurze w "Miasto lwa" Ng Yi-Sheng


    Choć od lektury szczegóły niektórych opowiadań uleciały mi z pamięci, to nadal jednak pamiętam bardzo pozytywne wrażenie, jakie zrobiło na mnie „Miasto Lwa”. To jeden z tych zbiorów, o których trudno opowiedzieć, streszczając po kolei wszystkie opowiadania, bo są bardzo różne, a jednocześnie łączy je coś, co sprawia, że całość jest naprawdę spójna.

    Ng Yi-Sheng wykorzystuje fantastykę, science fiction, podróże w czasie i alternatywne rzeczywistości, żeby opowiadać o Singapurze. Zaglądamy zarówno do jego historii, jak i przyszłości, poznajemy legendy, mity i ludzi, którzy w różny sposób są związani z tym miejscem. Singapur raz jest po prostu tłem wydarzeń, a innym razem staje się właściwie jednym z bohaterów opowieści.

    Jedno z opowiadań, „Mały cesarz”, łączy historię Chin z queerowym wątkiem i fantastyczną wizją przyszłości. Z kolei „Krokodyli Książę” wykorzystuje malajskie motywy i opowiada o księciu, jego niezwykłej relacji z białym krokodylem oraz konflikcie między tradycją a nowoczesnością.

    Bardzo podobała mi się „Mała czerwona kropka”, w której autor tworzy całe cywilizacje zamieszkujące rzeczy, które dla nas są zupełnie nieistotne – od porów na skórze po znaki interpunkcyjne. To właśnie tutaj najbardziej spodobała mi się jego wyobraźnia i sposób, w jaki potrafi uczłowieczyć coś, co normalnie nie ma żadnej historii.

    Najbardziej niezwykły był dla mnie jednak „Ogród” – podróż przez historię Singapuru od 1299 do 2400 roku, skonstruowana jako powieść hipertekstowa, w której czytelnik sam wybiera drogę bohaterki. Nie każda prowadzi jednak dalej, a niektóre kończą się jej śmiercią. Z kolei w ostatnim opowiadaniu, „Żadne inne miasto”, Singapur pewnego dnia znika z powierzchni ziemi i… z pamięci całego świata. Pozostaje tylko pamięć człowieka, który wie, że to miejsce istniało.

    Pamięć, historia i tożsamość miasta są tym, co najbardziej zostało mi po tej książce. Szczególnie kiedy przeczytałam podziękowania autora i zobaczyłam, jak wiele postaci i motywów ma swoje źródło w prawdziwych singapurskich i malajskich legendach, kronikach, mitach czy literaturze. Okazało się, że te fantastyczne historie nie powstały w oderwaniu od rzeczywistości. Autor buduje swój Singapur z opowieści, które istniały już wcześniej, i dopisuje do nich własne.

    Po przeczytaniu całego zbioru miałam wrażenie, że Ng Yi-Sheng pokazuje Singapur nie tylko jako konkretne miejsce, ale przede wszystkim jako zbiór historii, wspomnień, mitów i ludzi. Miasto tworzy się z tego wszystkiego, co przez lata zostało o nim opowiedziane. Właśnie dlatego, mimo że nie pamiętam już wszystkich szczegółów poszczególnych opowiadań, nadal pamiętam „Miasto Lwa” jako bardzo ciekawy, nieoczywisty i pełen wyobraźni obraz Singapuru.



  • Autor: Ng Yi-Sheng
  • Tytuł: Miasto lwa
  • Tytuł oryginalny: Lion City
  • Tłumaczenie: Aga Zano
  • Wydawnictwo: Tajfuny
  • Liczba stron: 236
  • Premiera: 08 czerwiec 2026

  • 9/16/2026

    Chcesz poznać "Dzieci Mokoszy" Sylwia Sosińska

    Chcesz poznać "Dzieci Mokoszy" Sylwia Sosińska


    „Dzieci Mokoszy” Sylwii Sosińskiej kupiłam przypadkiem na zeszłorocznych Targach Książki w Krakowie. Skoro więc książka trafiła ze mną do domu, wypadało w końcu sprawdzić, o czym właściwie jest. 

    Główną bohaterką jest Ula Markiewicz, której życie wydaje się całkiem poukładane. Wszystko zmienia się, kiedy poznaje Tomka Rydygiera – zamkniętego w sobie, tajemniczego outsidera, który zdecydowanie nie jest tym, za kogo można go początkowo uznać. Ula szybko zostaje wciągnięta w wydarzenia, których istnienia wcześniej nawet nie podejrzewała. Pojawiają się nadprzyrodzone istoty, magia, dawne rytuały i słowiańskie wierzenia, a nad całą historią unosi się postać Mokoszy – potężnej bogini związanej z losem bohaterów.

    I muszę przyznać, że to historia, która mnie wciągnęła. Była ciekawa i chciałam wiedzieć, dokąd autorka ją poprowadzi. Jednocześnie miałam poczucie, że nie wszystko zostało tutaj do końca dopracowane. Momentami brakowało mi logicznych ciągów przyczynowo-skutkowych, a niektóre rozwiązania wydawały się zbyt łatwe. Z czasem doszłam też do wniosku, że jest to chyba książka bardziej dla nastolatków. Tym bardziej że jej bohaterowie uczą się w liceum, czego właściwie się nie spodziewałam. Myślałam, że będą nieco starsi.

    Ten młody wiek bohaterów niewątpliwie pozwolił autorce poprowadzić tę historię właśnie w taki sposób. Mamy przecież dwoje ludzi z dwóch zupełnie różnych światów. Ona – córka bogatych rodziców, grzeczna, ułożona i żyjąca w świecie, który wydaje się poukładany. On – chłopak, który właśnie się przeprowadził, mroczny, niedostępny i skrywający swoje tajemnice. Oczywiście ich drogi muszą się przeciąć. Co więcej, zaczynają coś do siebie czuć. I nie będę ukrywać, że ten schemat kojarzył mi się momentami z amerykańskimi powieściami dla młodzieży, których podobnych historii powstało już naprawdę sporo.

    Tutaj jednak mamy Polskę, a autorka postanowiła dodatkowo połączyć tę młodzieżową historię z elementami słowiańskich wierzeń i… wampirami. To dość nietypowe połączenie, ale właśnie dzięki niemu książka ma swój własny charakter. Ciekawiło mnie szczególnie to, jak autorka wykorzystała słowiańskie motywy. Podobało mi się poznawanie przez bohaterkę słowiańskiego zielnika i jej odkrywanie różnych rytuałów. To były dla mnie jedne z ciekawszych elementów całej historii.

    Jeśli jednak ktoś sięga po „Dzieci Mokoszy” z myślą, że dostanie przede wszystkim dużą dawkę słowiańskich wierzeń, może się trochę rozczarować. Owszem, pojawiają się tutaj pewne elementy, mamy nawet jedno czy dwa bóstwa, ale zdecydowanie są one dodatkiem do głównej historii, a nie jej najważniejszą częścią. Fantastyka również czerpie z różnych kultur i wierzeń, tworząc raczej tło dla losów bohaterów niż rozbudowany świat fantasy.

    Zastanawiające było dla mnie również zachowanie rodziców głównej bohaterki, a także sam motyw zaginięcia. Autorka cofa akcję do lat 90. i mam wrażenie, że jest to zabieg celowy. Dzięki temu bohaterowie nie mają dostępu do współczesnej technologii, telefonów, internetu czy mediów społecznościowych, które przecież bardzo utrudniłyby opowiedzenie historii o tym, jak można po prostu zniknąć i przez dłuższy czas pozostać nieuchwytnym. Ten element wydał mi się całkiem ciekawy.

    Gdybym miała jednym słowem określić „Dzieci Mokoszy”, powiedziałabym: młodzieżowa. To powieść skierowana przede wszystkim do młodszych czytelników, w której znajdziemy romans, tajemnice i elementy fantastyczne zaczerpnięte z różnych kultur. Nie wszystko mnie tutaj przekonało, a niektóre wątki chciałabym zobaczyć bardziej dopracowane, ale jednocześnie nie mogę powiedzieć, że źle się przy tej książce bawiłam. Wręcz przeciwnie – historia mnie wciągnęła, a kilka jej elementów naprawdę mnie zaciekawiło.






    • Autor: Sosińska Sylwia
    • Tytuł: Dzieci Mokoszy
    • Cykl: Dzieci Mokoszy #01
    • Wydawnictwo: Sabat
    • Liczba stron: 290
    • Premiera: 31 marca 2025

    9/12/2026

    Przeżyj "Jeszcze jedno lato" Magdalena Kordel

    Przeżyj "Jeszcze jedno lato" Magdalena Kordel



    Tytuł jest przewrotny i daje pewien sygnał o historii, którą zawiera. Ale historia jest zupełnie inna, niż można by podejrzewać. Wiele książek autorki już czytałam i myślałam, że niewiele mnie zaskoczy, a jednak ten tytuł właśnie to sprawił. To opowieść w stylu Magdaleny Kordel, a jednocześnie tak bardzo różna. A po lekturze zostaje smutek i nadzieja. Myślisz, że to książka dla Ciebie?

    Lila nigdy nie miała łatwego życia. Dzieciństwo i młodość z despotyczną matką sprawiły, że postanowiła skorzystać z okazji i pójść na pewien układ. Dorosłość również nie przyniosła jej spokoju, a teraz jej codzienność to czekanie – na telefon, na przyjazd. Kilka wspólnych chwil to jedyne, na co kobieta może liczyć. Do czasu, kiedy nawet one okazały się złudne. Zrozpaczona Lila stawia wszystko na jedną kartę, a wtedy przypadkowe spotkanie sprawia, że jej los zaczyna się odmieniać.

    Z przyjemnością weszłam w świat tej historii, zaczęłam poznawać Lilę, jej sąsiadów, przyjaciółki i dom seniora. W pewnym momencie przypomniała mi się inna historia związana z tym ostatnim. Ale powieść Magdaleny Kordel idzie w zupełnie innym kierunku. Codzienne sprawy, drobne problemy, spotkania – to wszystko każdy z nas zna z codziennego życia. Ale krok po kroku poznajemy Lilę i jej przeszłość. I dramaty, które ją dręczą. Przyjemności dnia codziennego ustępują złości i frustracji.

    Dawno nie spotkałam bohaterki, która tak bardzo by mnie irytowała i wywoływała we mnie tyle złości, choć spotkałam ją tylko na chwilę. Lektura tej powieści sprawiła, że zaczęłam się zastanawiać, skąd biorą się pewne ludzkie zachowania. I nie mówię o Lili, o nie! Tutaj jednak nie to jest najważniejsze, a dalsze wydarzenia, które są kulminacją. I znów myśl, że to przecież normalne życie. Zwykłe dni, zwykłe problemy, ludzie, których mijamy każdego dnia. A jednak wystarczy chwila, jeden moment, żeby wszystko się zmieniło. Dlaczego? Po co? To takie zderzenie codzienności z czymś, o czym nikt na co dzień nie myśli. I właśnie dlatego tak trudno przejść obok tego obojętnie. 

    Dużym plusem jest bohaterka tej powieści. Rzadko zdarzają się główne bohaterki starsze wiekiem, nawet u Magdaleny Kordel. A jeśli już się pojawiają, to raczej po to, żeby pokazać swoje życie w przeszłości. Tutaj Lila żyje współcześnie i choć pojawiają się wspomnienia z przeszłości, to właśnie teraźniejszość jest najważniejsza. To ona niesie ze sobą wydarzenia, które dla czytelnika mają największe znaczenie.

    Ciężko pisać o tej książce, nie zdradzając za dużo. Bo niektóre wydarzenia wybrzmiewają mocniej, gdy najmniej się ich spodziewamy. Jednocześnie wokół bohaterki są inne postacie, jej przyjaciółki – siostry, które troszczą się o nią i martwią. Kobiety są niezwykle różne, choć w tym tomie czułam ich niedosyt, mam nadzieję, że kolejny pozwoli mi je poznać bardziej. Są sąsiedzi, a szczególnie młody chłopak, który staje się oparciem dla Lili. Jest też klub seniora, do którego chodzi, a który również wiele jeszcze ukrywa.

    Bardzo łatwo wchodzi się w tę lekturę i szybko się ją pochłania. To znowu sprawa języka powieści, tak charakterystycznego dla pisarki.

    „Jeszcze jedno lato” to początek nowej historii. I choć ten tytuł niesie wiele złych emocji, to widać światło na końcu tego tunelu. I wierzę, że niedługo będziemy mogli poznać dalsze losy Lili i innych bohaterów. Ja tę powieść bardzo szybko pochłonęłam, ale to jest specyfika książek autorki – język sprawia, że czyta się je błyskawicznie, a historie są takie, że trudno się od nich oderwać. Zostałam z myślami o Lili i z ciekawością, co jeszcze przyniesie jej życie. Dlatego jeśli lubicie książki Magdaleny Kordel, sięgnijcie po tę historię. Ja zdecydowanie czekam na ciąg dalszy. Czytajcie, bo warto!





    • Autor: Kordel Magdalena
    • Tytuł: Jeszcze jedno lato
    • Wydawnictwo: Znak
    • Liczba stron: 400
    • Premiera: 18 sierpień 2026

    9/05/2026

    Poznajcie "Niecodzienny sklepik z listami w Seulu" Baek Seungyeon

    Poznajcie "Niecodzienny sklepik z listami w Seulu" Baek Seungyeon

     

    Nadchodzi jesień, krótsze dni, nieprzewidziana pogoda, robi się też nostalgicznie. To czas, który wielu lubi spędzać w zaciszu własnego domu, z dobrą książką, rozgrzewającym napojem i chwilą na przemyślenia. Może to chwila, kiedy pomyślimy o kimś bliskim, kogo nie ma tuż obok. Współcześnie możemy skontaktować się na tak wiele sposobów, ale jeden z nich jest trochę zapomniany, zakurzony w obecnych czasach. List wymaga chwili zastanowienia, ale powoduje też wiele emocji. A gdyby tak niedaleko znalazło się miejsce, gdzie możemy usiąść i podzielić się własnymi myślami z drugą osobą?

    Geulwoll znajduje się na jednej z ulic Seulu. Przyciąga okolicznych mieszkańców nie tylko ciekawymi produktami papierniczymi, ale również usługą Penpal, w ramach której można napisać list i zostawić go na miejscu. Być może niedługo ktoś go przeczyta i odpisze, a może będzie musiał dłużej poczekać na właściwą osobę. Czasem korespondencja z nieznaną osobą trwa dłużej, a czasem urywa się po jednej odpowiedzi. W tym nietypowym miejscu zaczyna pracę Hyo-yeong, uciekając z domu poniekąd przed listami od siostry.

    Lektura tej książki jest niespieszna i trochę nostalgiczna. Pokazuje świat sklepu, do którego przychodzą bardzo różnorodni bohaterowie. I choć życie i charaktery tych postaci są tak inne, to w pewnym momencie połączył ich list, który napisali, siadając przy stoliku sklepu. To pracownicy biurowi i emeryci, dzieci, młodzież i osoby starsze. Szelest papieru, dźwięk stalówki lub długopisu sunącego po kartkach, a może myśl, że ktoś przeczyta nasze myśli. Może istnieje osoba, która ma podobne problemy, a może drobne radości. Oczekiwanie na odpowiedź i obawa, że ta nie przyjdzie. Te drobne elementy są codziennością Geulwoll.

    Choć bohaterów jest kilku, to największą uwagę przykuwa Hyo-yeong. Bohaterka, dobiegająca trzydziestki, porzuca swoje dotychczasowe plany i zatrudnia się w sklepie znajomego. Uciekając od rodzinnego domu i niechcianych listów siostry, z którą jest w skomplikowanej relacji, znajduje spokojne miejsce, gdzie odkrywa przyjemność z drobnych codzienności. Poznając klientów, zaczyna poznawać ich codzienność. Sklep dzięki niej dużo zyskuje.

    Wraz z nawiązywaniem znajomości z klientami i odkrywaniem codzienności Geulwoll powoli zmienia się również sama Hyo-yeong. Jej spojrzenie na sklep i ludzi, którzy do niego przychodzą, staje się coraz bardziej uważne, ale równie ważna okazuje się jej przemiana w relacji z siostrą. Początkowo narasta w niej napięcie i niezadowolenie – przez lata była przecież „tą drugą”, ciągle porównywaną, a upadek starszej siostry wpłynął na całą rodzinę. Z czasem jednak spod żalu, pretensji i poczucia niesprawiedliwości zaczynają wychodzić inne, głębiej skrywane uczucia. To one pozwalają siostrom ponownie się do siebie zbliżyć i przypominają, że niezależnie od tego, jak bardzo skomplikowane potrafią być rodzinne relacje, więzy między bliskimi bywają niezwykle mocne.

    Powieść Baek Seungyeon idealnie wpasowuje się w jakże popularny healing novel, w którym można odkryć radość z codziennych, drobnych chwil i oderwać się od pędu ku karierze. Miejsce, które przedstawia autorka, dobrze pasuje do kocykowych powieści, a jednocześnie wyróżnia się nostalgicznym podejściem do listów. Wielu czytelników z pewnością pomyśli cieplej o własnych doświadczeniach z tą formą komunikacji.

    W historii pojawia się również relacja, w której z czasem można dostrzec delikatne sygnały rodzącego się uczucia. Jest ono jednak bardzo stonowane i właściwie tylko dopełnia całą opowieść, nie próbując wysunąć się na jej pierwszy plan. Podobnie jest z tempem tej historii. Nie nazwałabym go wadą, ale z pewnością jest to książka dla tych, którzy potrafią cieszyć się niespieszną lekturą. Tutaj niewiele dzieje się w pośpiechu – są codzienne spotkania, rozmowy, listy i kolejne historie ludzi odwiedzających sklep. Wolny rytm, który nadała powieści autorka, pozwala zatrzymać się na chwilę, nacieszyć tym miejscem i przyjrzeć się relacjom, które powoli się w nim tworzą.

    „Niecodzienny sklepik z listami w Seulu” idealnie wpisuje się w bardzo liczny gatunek książek-otulaczy, które przynoszą ukojenie, radość z lektury i pozwalają wyciszyć się w codziennych obowiązkach. Autorka inspirowała się prawdziwym miejscem, bo sklep Geulwol można znaleźć w Seulu. Myślę, że to dodatkowy smaczek dla osób, które z sentymentem myślą o listach i czasach, kiedy były one jednym z ważniejszych sposobów kontaktowania się z bliskimi.

    • Autor: Baek Seungyeon
    • Tytuł: Niecodzienny sklepik z listami w Seulu
    • Tytuł oryginalny: 편지 가게 글월 (pyeonji gage geul-wol)
    • Tłumaczenie: Katarzyna Stawnicka
    • Wydawnictwo: Otwarte
    • Liczba stron: 336
    • Premiera: 26 sierpień 2026

    8/21/2026

    Kim naprawdę były "Wiedźmy z Vardø" Anya Bergman

    Kim naprawdę były "Wiedźmy z Vardø" Anya Bergman

     


    Są książki, które odkładam po przeczytaniu i po prostu przechodzę do kolejnej lektury. Są też takie, które zostają ze mną na dłużej. „Wiedźmy z Vardø” Anyi Bergman zdecydowanie należą do tej drugiej grupy. To historia, która po lekturze długo zostaje w głowie, przede wszystkim za sprawą emocji, jakie wywołuje. Bezsilności, złości, niedowierzania, a czasem również zwyczajnego przerażenia tym, jak łatwo człowiek może odebrać drugiemu człowiekowi godność.

    Bergman zabiera nas do Norwegii w 1662 roku, na położoną daleko na północy wyspę Vardø. To właśnie tutaj rozgrywały się procesy o czary, a autorka oparła swoją powieść na prawdziwych wydarzeniach i zachowanych dokumentach. Sama zainteresowała się historią podczas pobytu w Norwegii. Później dotarła do akt procesowych, w których zachowały się zeznania oskarżonych kobiet, a nawet odwiedziła Vardø, by poczuć surowość miejsca, w którym przed wiekami rozgrywały się te wydarzenia. W posłowiu podkreśla, że chciała przywrócić głos kobietom, których historie mogłyby dziś pozostać jedynie zapisem w starych dokumentach.

    Czytając tę historię, trudno patrzeć na procesy o czary wyłącznie jak na wydarzenia sprzed kilku stuleci. Autorka pokazuje przede wszystkim ludzi, którzy musieli żyć w świecie, w którym wystarczył cudzy strach, pomówienie albo zachowanie wykraczające poza przyjęte normy, by znaleźć się po niewłaściwej stronie prawa.

    Historię poznajemy przede wszystkim z dwóch perspektyw. Pierwszą z nich jest Anna Rhodius – kobieta więziona w twierdzy Vardø, choć z zupełnie innych powodów niż oskarżone o czary mieszkanki północy. Drugą jest Ingeborg, córka Zigri, kobiety oskarżonej o czary. Obok nich pojawiają się kolejne bohaterki, których losy splatają się w ciągu mniej więcej jednego roku.

    Jest Zigri, która po śmierci męża i syna wdaje się w nieszczęśliwy romans. To uczucie, które miało choć na chwilę pozwolić jej zapomnieć o stracie, staje się początkiem jej tragedii. Jest Maren, córka kobiety wcześniej oskarżonej i zabitej jako czarownica. Dziewczyna doskonale wie, że w świecie, w którym strach może oznaczać śmierć, czasem najlepszą bronią jest właśnie wzbudzenie strachu w innych. Są też Ingeborg i inne kobiety, których historie pokazują, jak niewiele trzeba było, aby zwyczajne życie zamieniło się w koszmar.

    Autorka bardzo mocno pokazuje przy tym, że oskarżenia o czary nie dotyczyły wyłącznie kobiet biednych, samotnych czy stojących na marginesie społeczeństwa. Kobieta mogła być żoną rybaka, córką lekarza czy żoną namiestnika twierdzy. Nie miało to większego znaczenia, jeśli przestała mieścić się w oczekiwaniach, jakie stawiano przed kobietami.

    A te oczekiwania były bardzo jasno określone. Kobieta miała być posłuszna, zajmować się domem, rodzić i wychowywać dzieci. Miała znać swoje miejsce i nie kwestionować decyzji mężczyzn. Każda próba samodzielności, wyrażenia własnego zdania czy życia według własnych pragnień mogła stać się powodem do potępienia. I właśnie dlatego podczas lektury trudno nie odczuwać złości.

    W książce nieustannie pojawiają się Szatan i diabeł, ale trudno nie zauważyć, że to właśnie mężczyźni okazują się tutaj największym zagrożeniem.

    To mężczyźni są tu sędziami, oprawcami i tymi, którzy decydują, co jest prawdą. To oni stosują przemoc, wymuszają zeznania i odbierają kobietom godność. A jednocześnie to kobiety zostają uznane za źródło największego zła. Bergman bardzo mocno odwraca więc perspektywę – pokazuje, że strach przed czarownicą był często tylko wygodnym sposobem na usprawiedliwienie przemocy wobec tych, które okazały się niewygodne.

    Nie jest to przy tym łatwa lektura. W książce znajdziemy brutalność, tortury i sceny, które współczesnemu człowiekowi trudno sobie nawet wyobrazić. Najbardziej przerażające jest jednak to, że za częścią tych wydarzeń stoją prawdziwe historie. Bergman nie musiała wymyślać całego okrucieństwa. Wystarczyło, że sięgnęła do dokumentów.

    Ważnym elementem powieści jest również obecność Saamów – rdzennych mieszkańców północnych terenów, których świat i wierzenia były coraz mocniej wypierane przez przybyszów. Ich odmienność również stawała się powodem prześladowań. Dzięki temu historia Vardø nie jest wyłącznie opowieścią o polowaniu na czarownice, ale również o kolonizacji, nietolerancji i próbie odebrania ludziom prawa do własnej kultury i wierzeń.

    A jednak spośród wszystkich bohaterek to Anna Rhodius najbardziej mnie zaintrygowała. Anna była więźniarką, ale jej historia różniła się od losów kobiet oskarżonych o czary. Dużo dowiadujemy się o niej z listów kierowanych do króla Danii. Z każdym kolejnym wspomnieniem coraz bardziej odkrywamy kobietę, która jak na swoje czasy posiadała wiedzę i doświadczenia niedostępne większości przedstawicielek jej płci. Jest inteligentna, świadoma świata, w którym żyje, ale jednocześnie potrafi być naiwna. I właśnie ta jej naiwność, związana z uczuciami i zaufaniem, staje się jednym z najważniejszych elementów jej historii.

    Im więcej dowiadywałam się o Annie, tym bardziej niezwykłą postacią mi się wydawała. A jej zakończenie jest chyba jednym z tych momentów, które najbardziej zostają w pamięci. Smutnym i gorzkim, bo pokazującym, że niezależnie od pozycji, wpływów czy uczuć, ostatecznie w świecie zbudowanym przez mężczyzn kobieta wciąż może zostać sprowadzona do roli kogoś, nad kim można sprawować władzę.

    „Wiedźmy z Vardø” nie są więc dla mnie tylko powieścią o czarownicach. To historia kobiet, którym próbowano odebrać głos, wolność i prawo do decydowania o własnym życiu. Historia o tym, jak strach może stać się narzędziem władzy i jak łatwo społeczeństwo może znaleźć kozła ofiarnego.

    Ale przede wszystkim to opowieść o kobietach, które naprawdę istniały. Bergman nadaje im imiona, charaktery, emocje i własne historie. Dzięki temu nie pozostają anonimowymi nazwiskami z dawnych dokumentów.

    I chyba właśnie dlatego ta książka tak długo zostanie ze mną. Bo po jej przeczytaniu trudno wrócić do myślenia o procesach czarownic jako o czymś odległym, zamkniętym w podręcznikach historii.

    To były prawdziwe kobiety. Miały rodziny, uczucia, marzenia i własne zdanie.

    A świat, w którym żyły, uznał, że za to wszystko mogą zapłacić najwyższą cenę.




  • Autor: Bergman Anya
  • Tytuł: Wiedźmy z Vardo
  • Tytuł oryginalny: The witches of Vardø
  • Tłumaczenie: Olga Podmiotko
  • Wydawnictwo: StoryLight
  • Liczba stron: 528
  • Premiera: 15 lipiec 2026
  • 7/11/2026

    Poznajcie "Nietuzinkowy sklep całodobowy" Kim Ho-Yeon

    Poznajcie "Nietuzinkowy sklep całodobowy" Kim Ho-Yeon


    Bardzo niedawno czytałam i pisałam o innej książce tego autora – Wypożyczalni zagubionych marzeń – która bardzo mi się podobała. Wydaje mi się, że po Nietuzinkowy sklep całodobowy nie sięgnęłabym tak szybko, gdyby nie podróż służbowa. Potrzebowałam zabrać ze sobą coś lekkiego, ale przede wszystkim książkę w niewielkim formacie. Tak właśnie zaczęłam czytać Nietuzinkowy sklep całodobowy, który pochłonęłam w ciągu jednego dnia.

    Czy mi się podobał? Bardzo. A dlaczego? O tym za chwilę. 

    Sklep całodobowy znajduje się na jednej z bocznych uliczek gdzieś w Seulu. Wpadają tam po szybką przekąskę albo butelkę soju – jest jak tysiące podobnych miejsc w mieście. Pewnego razu właścicielka sklepu, pani Yeom, podczas podróży gubi dokumenty. Dzięki pomocy bezdomnego mężczyzny udaje jej się je odzyskać. To moment zwrotny nie tylko w relacji tej dwójki bohaterów, ale także w życiu pozostałych pracowników sklepu. Oto bezdomny, który każe mówić na siebie Dokko, zaczyna tam pracę.

    Choć początkowo u jednych wzbudza strach, a u innych niesmak, z czasem wiele zmienia się za jego sprawą – zarówno w relacjach pracowników, jak i w ich postrzeganiu świata. Później zmiany zaczynają dostrzegać także klienci, którzy regularnie zaglądają do sklepu w drodze do domu. I właśnie wtedy sklep całodobowy staje się naprawdę nietuzinkowy.

    Po raz kolejny sięgnęłam po książkę z gatunku tych kocykowych, trochę obawiając się magicznych elementów, które nie do końca do mnie przemawiają. Tym razem nawet nie zaglądałam zbyt dokładnie do blurba, żeby nie zepsuć sobie przyjemności z odkrywania tej historii, więc tak naprawdę nie wiedziałam, czego się spodziewać.

    Po raz kolejny pozytywnie się zaskoczyłam, bo ta książka opowiada przede wszystkim o relacjach międzyludzkich. Często rodzą się one zupełnie przypadkiem, ale potrafią skłonić do zastanowienia się nad własnym postępowaniem i sprawić, że człowiek zdecyduje się obrać zupełnie nową drogę.

    Autor zaskoczył mnie wyborem postaci, która chyba nikomu nie kojarzy się z czymś przyjemnym. I rzeczywiście – na pierwszych stronach historii Dokko, jeszcze jako bezimienny bezdomny, nie zachęca do bliższego poznania. Jest zarośnięty, brudny, nieprzyjemnie pachnie, nosi zniszczone ubrania i prosi o coś ciepłego do jedzenia. To obraz, który można spotkać w większości większych miast na świecie.

    A jednak to właśnie on staje się centralną postacią tej książki. Żeby jednak mogło do tego dojść, najpierw sam musi dostać szansę na zmianę.

    Chyba właśnie to najbardziej urzekło mnie podczas lektury. Gdy się nad tym głębiej zastanowić, żaden z bohaterów nie jest idealny. Każdy ma swoje problemy, wątpliwości i wyrzuty sumienia, a jednocześnie stoi w miejscu, nie wiedząc, w którą stronę ruszyć.

    Trudności, z którymi mierzą się bohaterowie, są bardzo różne – od zawodowych rozterek, przez problemy z porozumieniem się z innymi, aż po skomplikowane relacje rodzinne. Nic nie zmienia się samo, ale wystarczy iskra, która pojawia się w odpowiednim momencie, by zmiana stała się możliwa. To dopiero pierwszy krok, ale prowadzący we właściwym kierunku.

    Jednocześnie przez całą książkę przewija się pytanie, kim właściwie jest Dokko, który nie pamięta nawet swojego prawdziwego imienia. Jaką ma przeszłość? Jak znalazł się na ulicy? Ten wątek również powoli znajduje swoje rozwiązanie, a śledzenie kolejnych odkrywanych fragmentów jego historii staje się dodatkowym smaczkiem tej powieści.

    Nie można też zapomnieć o języku, który doskonale uzupełnia tę historię i sprawia, że właściwie się przez nią płynie. Jest lekki, ale jednocześnie wyrazisty. To idealne dopełnienie opowieści, która ma przynieść czytelnikowi ukojenie.

    Nietuzinkowy sklep całodobowy to lektura, która wciągnęła mnie od pierwszych stron – najpierw zaskakującym bohaterem, a później pokazując jego powolną przemianę. To historia nie tylko przynosząca nadzieję na przyszłość, ale przede wszystkim przypominająca, że każdy zasługuje na kolejną szansę. Czasem wystarczy drobna iskra, jedno dobre słowo od drugiego człowieka, żeby coś zaczęło się zmieniać. Trzeba tylko otworzyć się i tę szansę przyjąć.

    Przeczytałam tę książkę w jeden dzień i z przyjemnością sięgnę po drugi tom. Jestem ciekawa, o czym autor opowie tym razem.



  • Autor: Kim Ho-Yeon
  • Tytuł: Nietuzinkowy sklep całodobowy
  • Tytuł oryginalny: 불편한 편의점 (bulpyeonhan pyeon-uijeom)
  • Tłumaczenie: Łukasz Janik
  • Wydawnictwo: Znak Literanova
  • Liczba stron: 304
  • Premiera: 11 marzec 2024
  • 7/08/2026

    Oniryczne "Sto cieni" Hwang Jungeum

    Oniryczne "Sto cieni" Hwang Jungeum


    Krótka historia, zawarta na niespełna 120 stronach, jest trochę magiczna, trochę refleksyjna. Z jednej strony smutna, z drugiej dająca nadzieję. To pewien wycinek z życia dwójki młodych ludzi, lekko odrealniony przez wprowadzenie kilku niecodziennych motywów. Sięgnęłam po nią, jadąc na spotkanie z autorką, a że dzięki niewielkiej objętości czyta się ją bardzo szybko, postanowiłam poznać ją do końca.

    „Pamiętaj, nie podążaj za cieniem”. To bardzo ważna przestroga, która pojawia się już na samym początku książki. Autorka buduje bardzo oniryczną powieść i bawi się językiem, który wciągnął mnie już od pierwszych zdań. Bohaterka, Eun-gyo, to młoda kobieta pracująca w jednym ze sklepików mieszczących się w odchodzącym w zapomnienie kompleksie giełdy elektronicznej. To właśnie tam poznaje Mu-jae. Historia tej dwójki przeplata się z opowieścią o sklepach, którym grozi zamknięcie, oraz o ich wiekowych właścicielach, którzy spędzili tam całe życie.

    Kompleks giełdy elektronicznej – kilka hal, w których ludzie żyją i pracują – jest dziś już przeszłością. Autorka, która brała udział w demonstracjach na rzecz zachowania tego historycznego miejsca, właśnie nim zainspirowała się, pisząc tę historię. Nie samo centrum i jego losy są jednak motywem przewodnim, choć nadają opowieści bardzo wyraźny klimat. W trakcie lektury można zajrzeć nie tylko do sklepu, w którym pracuje Eun-gyo, ale również poznać atmosferę innych punktów mieszczących się w kompleksie. Między wierszami pojawiają się informacje o planach wyburzenia i stopniowym podupadaniu tego miejsca. Całość niesie ze sobą nostalgię za dawnymi czasami oraz smutek związany z tym, co nieuchronnie przyniesie przyszłość.

    Mam jednak wrażenie, że centrum jest jedynie tłem tej historii. Powieść skupia się przede wszystkim na młodych bohaterach oraz cieniach, które pozostają istotne od pierwszej do ostatniej strony. To właśnie one stają się w tej opowieści czymś niezwykłym. Jednocześnie nie zaskakują bohaterów – mam wręcz wrażenie, że są dla nich czymś zupełnie naturalnym. Cień każdego człowieka może się oddzielić, choć do końca nie wiadomo, dlaczego tak się dzieje. Jedno jest pewne – podążanie za własnym cieniem to coś, czego absolutnie nie wolno robić, ponieważ może doprowadzić człowieka do zguby.

    Związek Eun-gyo i Mu-jae rozwija się bardzo naturalnie. Pracują w tym samym kompleksie, razem jedzą posiłki i wybierają się na krótkie wycieczki. Nie ma w tej relacji wielkich deklaracji ani gwałtownych zwrotów akcji. Jest za to bliskość, która rodzi się z codzienności i wspólnie spędzanego czasu. W ich rozmowach raz za razem powraca motyw cieni, a wraz z nim ostrzeżenie, by nigdy za nimi nie podążać. To zjawisko, które może zniszczyć człowiekowi życie.

    Właściwie do samego końca nie wiadomo, czym są tytułowe cienie. Czytelnik może jedynie domyślać się ich znaczenia, co dodatkowo potęguje oniryczny charakter tej opowieści. Zresztą nie są to jedyne niezwykłe elementy tej historii. W jednej z rozmów pojawia się również motyw wirów na głowie, który jeszcze bardziej burzy poczucie rzeczywistości i sprawia, że podczas lektury łatwo zatracić granicę między tym, co realne, a tym, co symboliczne.

    Urzekł mnie przede wszystkim język tej powieści, który już od pierwszego zdania zachwyca swoją melodyjnością. Równie mocno przemówił do mnie klimat podupadającego kompleksu, który autorka oddaje z niezwykłym wyczuciem. Czytając opisy sklepików i ich właścicieli, trudno nie odczuć sentymentu i smutku. To właśnie te elementy okazały się dla mnie największymi atutami tej lektury.

    „Sto cieni” to utwór, który łączy w sobie elementy realizmu magicznego z próbą ocalenia pamięci o miejscu, które już nie istnieje. Autorka spaja wszystko pięknym, melodyjnym językiem, dzięki któremu bardzo łatwo wejść w tę historię. I choć relacja głównych bohaterów nie zostanie ze mną na długo, to jestem pewna, że jeszcze nieraz pomyślę o starych sklepikach, ich właścicielach i niezwykłym klimacie tego miejsca. W pamięci pozostanie mi również lekkość języka, a same cienie do końca pozostaną zagadką. 



  • Autor: Hwang Jungeum
  • Tytuł: Sto cieni
  • Tytuł oryginalny: 百의 그림자 (baeg-ui geulimja)
  • Tłumaczenie: Dominika Chybowska-Jang
  • Wydawnictwo: Tajfuny
  • Liczba stron: 120
  • Premiera: 25 marzec 2025
  • 7/01/2026

    To nie jest łatwa "Autobiografia śmierci" Kim Hyesoon

    To nie jest łatwa "Autobiografia śmierci" Kim Hyesoon



    Są książki, które zachwycają od pierwszych stron. Są takie, które wymagają cierpliwości. I są wreszcie takie, które budzą przede wszystkim pytania. Dla mnie „Autobiografia śmierci” Kim Hyesoon okazała się właśnie tym trzecim rodzajem lektury.

    To tom niezwykły. Składa się z czterdziestu dziewięciu utworów opisujących kolejne etapy śmierci, do których dołączony został cykl „Oblicze rytmu”. Już sam pomysł na konstrukcję tomu odsyła do buddyjskiej wizji przejścia między życiem a kolejnym wcieleniem. Czterdzieści dziewięć dni to przecież czas bardo – okres pomiędzy śmiercią a odrodzeniem, opisywany w Tybetańskiej Księdze Umarłych. Nieprzypadkowy wydaje się również utwór „Seoul, księga umarłych”, który wyraźnie dialoguje z tą tradycją.

    Kim Hyesoon nie opowiada jednak o śmierci w sposób dosłowny. Tworzy gęstą sieć symboli, surrealistycznych obrazów i metafor. Pojawiają się psy, wrony, lalki, samoloty, wyspy, lustra, królewna Nakrang, wnętrzności, szpitale i nieustannie powracający motyw ciała. Świat żywych i zmarłych przenikają się, a granica między nimi niemal zanika. W wielu miejscach wybrzmiewają także elementy głęboko zakorzenione w kulturze koreańskiej – obecność przodków, nieustanna więź ze zmarłymi, motyw han, czyli trudnego do przełożenia na inne języki doświadczenia nagromadzonego bólu i żalu, a także echa koreańskiego szamanizmu, w którym zwierzęta czy duchy stają się pośrednikami między światami.

    To książka niezwykle świadoma kulturowo i literacko. Widać, że niemal każdy utwór został zbudowany z wielu warstw znaczeniowych i odwołań, które wymagają od czytelnika uważności. Nie jest to poezja prowadząca za rękę. Wręcz przeciwnie – autorka wrzuca nas w sam środek obrazów, z których każdy może znaczyć coś innego.

    I właśnie tutaj pojawiła się moja największa trudność.

    Przez wiele dni czytałam ten tom bardzo powoli. Zatrzymywałam się niemal przy każdym utworze, próbując odnaleźć sens kolejnych metafor. Niektóre teksty rzeczywiście do mnie przemówiły. „Imienniczka”, „Chcę się dostać na tę wyspę”, „Sekcja zwłok”, „AEIOU”, „Kołysanka”, „Imię”, „Zaświaty” czy „Kłamstwo” zostaną ze mną na dłużej. To właśnie w nich odnajdywałam historię, emocje albo obraz, którego mogłam się uchwycić. Jeden z utworów wzruszył mnie naprawdę mocno.

    Jednak większość tomu pozostawiła mnie bardziej z poczuciem podziwu niż poruszenia.

    Z każdą kolejną stroną coraz lepiej rozumiałam, że autorka mówi o śmierci, żałobie, cierpieniu, chorobie i rozpadzie tożsamości. W dodatku „Oblicze rytmu” coraz wyraźniej dostrzegałam, że głównym tematem staje się już nie sama śmierć, lecz życie z bólem – psychicznym i fizycznym. Powracający pies zaczął układać się w symbol cierpienia, traumy czy choroby, a kolejne obrazy budowały spójną wizję człowieka zmagającego się z własnym wnętrzem.

    Problem polegał na tym, że choć rozumiałam coraz więcej, coraz mniej czułam.

    Zamiast zbliżać się do bohaterów czy emocji, coraz częściej miałam wrażenie, że poruszam się po labiryncie symboli. Po pewnym czasie powracające obrazy bólu zaczęły wydawać mi się powtarzalne. Nie dlatego, że nie rozumiałam ich znaczenia, ale dlatego, że przestały mnie emocjonalnie angażować.

    Kilka dni przed zakończeniem lektury nieustannie wracał do mnie „Kot w pustym mieszkaniu” Wisławy Szymborskiej. To również wiersz o śmierci, ale opowiedzianej z perspektywy codzienności. Bez rozbudowanej symboliki, bez konieczności rozszyfrowywania znaczeń. Za każdym razem wzrusza mnie równie mocno. I chyba właśnie wtedy uświadomiłam sobie, że taka poezja jest mi znacznie bliższa.

    Po spotkaniu Klubu Książki Koreańskiej tylko utwierdziłam się w przekonaniu, że „Autobiografia śmierci” jest książką bardzo wymagającą. Prowadząca, opowiadała o licznych odniesieniach do buddyzmu, Tybetańskiej Księgi Umarłych oraz koreańskiej kulturze, pokazując, jak bogata jest warstwa symboliczna tego tomu. Wcześniej czytałam również o samej Kim Hyesoon – poetce uznawanej za jedną z najbardziej oryginalnych i awangardowych współczesnych autorek koreańskich, której twórczość pełna jest wielowarstwowych metafor i nieoczywistych symboli.

    Ta wiedza pozwoliła mi spojrzeć na książkę z większym zrozumieniem, ale nie sprawiła, że stała mi się bliższa.

    Podczas lektury poświęciłam każdemu utworowi naprawdę dużo czasu. Zatrzymywałam się, wracałam do poszczególnych tekstów, szukałam znaczeń i kontekstów. Dzięki wspólnym analizom odkryłam wiele motywów, których sama prawdopodobnie bym nie dostrzegła – od koreańskich legend i motywu han, przez elementy szamanizmu, aż po buddyjskie rozumienie śmierci jako procesu przejścia. Mimo to większość tych wierszy pozostała dla mnie przede wszystkim intelektualną łamigłówką, a nie doświadczeniem emocjonalnym.

    Być może jest to właśnie ten rodzaj poezji, który bardziej się analizuje niż przeżywa. Ja natomiast w poezji szukam przede wszystkim emocji. Nawet jeśli są ukryte między wersami, potrzebuję poczuć je razem z autorem. Tutaj, mimo wielu godzin spędzonych nad kolejnymi utworami, nie udało mi się nawiązać takiej relacji.

    Po zakończeniu lektury zostało ze mną przede wszystkim ogólne wrażenie – śmierci jako procesu, cierpienia wpisanego w ludzką egzystencję oraz nieustannego przenikania się świata żywych i umarłych. Zostało też kilka pojedynczych utworów, do których chętnie wrócę.

    Ale całość najlepiej podsumowuje jedno zdanie: Przeczytałam. Doceniam. Nie chcę wracać. 




    • Autor: Kim Hyesoon
    • Tytuł: Autobiografia śmierci
    • Tytuł oryginalny: 죽음의 자서전 (jug-eum-ui jaseojeon)
    • Tłumaczenie: Ewa Suh, Lynn Suh, Katarzyna Szuster-Tardi
    • Wydawnictwo: Biuro Literackie
    • Liczba stron: 108
    • Premiera: 25 wrzesień 2023

    6/28/2026

    Gdzie leży "Jezioro stworzenia" Rachel Kushner

    Gdzie leży "Jezioro stworzenia" Rachel Kushner


    Są książki, które od pierwszych stron wciągają i nie pozwalają się od siebie oderwać. Są też takie, które intrygują pewnymi elementami, ale ostatecznie nie do końca spełniają oczekiwania. I właśnie takie odczucia zostawiło we mnie Jezioro Stworzenia.

    Najbardziej zaciekawił mnie początek i wszystkie rozważania dotyczące prehistorii człowieka. Wątki związane z neandertalczykami, homo erectus czy homo sapiens oraz nowe odkrycia archeologiczne naprawdę przykuły moją uwagę. To właśnie te fragmenty czytałam z największym zainteresowaniem i szkoda, że później zeszły one na dalszy plan. Chętnie przeczytałabym ich znacznie więcej, bo były dla mnie jednym z najmocniejszych punktów całej powieści.

    Główna historia skupia się na amerykańskiej agentce działającej pod fałszywą tożsamością. Na zlecenie prywatnej organizacji ma przeniknąć do ekologicznej komuny, zdobyć zaufanie jej członków i doprowadzić do jej zniszczenia. Brzmiało to jak zapowiedź historii pełnej napięcia i moralnych dylematów. Liczyłam też, że wraz z poznawaniem mieszkańców komuny bohaterka zacznie patrzeć na świat z innej perspektywy. Tymczasem otrzymałam coś zupełnie innego.

    Agentka Smith z każdą kolejną stroną wydawała mi się coraz bardziej cyniczna, bezduszna i pozbawiona jakichkolwiek wartości poza pieniędzmi. Jej wspomnienia tylko utwierdzały mnie w tym przekonaniu. Do tego dochodzi ciągłe picie, prowadzenie samochodu pod wpływem alkoholu czy wykorzystywanie ludzi wyłącznie jako narzędzi do osiągnięcia celu. To bohaterka, której zwyczajnie nie potrafiłam polubić ani kibicować.

    Również sam pobyt w komunie momentami mnie nużył. Odniosłam wrażenie, że niektóre rozdziały nie wnosiły wiele do historii i niepotrzebnie spowalniały akcję. Paradoksalnie, mimo że spędzamy tam z bohaterką sporo czasu, wcale nie miałam poczucia, że dobrze poznałam tę społeczność. Owszem, wiadomo, że jej członkowie sprzeciwiają się zmianom przemysłowym i walczą o środowisko, ale zabrakło mi głębszego zrozumienia ich codzienności, motywacji i tego, do czego tak naprawdę dążą. Ich przywódca sprawiał natomiast wrażenie człowieka, który decyduje o wszystkim, przez co całość momentami bardziej przypominała sektę niż wspólnotę opartą na wspólnych ideach.

    To, co zapamiętam z tej książki najmocniej, to kilka bardzo nietuzinkowych postaci. Kobieta wykluczona z komuny za własne zdanie, która postanowiła szukać trufli ze swoją świnią. Starsze małżeństwo pragnące dołączyć do wspólnoty, ale odrzucone przez jej członków. Czy wreszcie najbardziej kontrowersyjny bohater – nastolatek, który jako jedenastolatek został ojcem, a własne dziecko wychowuje jak młodszego brata. To właśnie takie epizody sprawiały, że historia nabierała charakteru i wybijała się ponad schemat.

    Duże wrażenie zrobił na mnie również Lambert – człowiek mieszkający w jaskiniach, który po tragedii ze swojej przeszłości odciął się od świata i poświęcił badaniom nad neandertalczykami. To postać tajemnicza, nietuzinkowa i zdecydowanie jedna z ciekawszych w całej powieści. Żałuję tylko, że autorka nie poświęciła mu więcej miejsca, bo właśnie jego historia najbardziej mnie intrygowała.

    Punkt kulminacyjny, czyli protest podczas targów zakończony śmiercią i ucieczką głównej bohaterki, pokazał z kolei, że nad losem wielu ludzi stoją siły, których na co dzień nawet nie dostrzegamy. To chyba jedyny moment, w którym poczułam napięcie i miałam wrażenie, że wszystkie elementy układanki zaczynają się ze sobą łączyć.

    Ostatecznie „Jezioro Stworzenia” okazało się dla mnie książką, która dość mocno rozminęła się z moimi oczekiwaniami. Po opisie spodziewałam się historii o odkrywaniu tajemnic zamkniętej społeczności i stopniowej przemianie bohaterki pod wpływem ludzi, których miała zniszczyć. Tymczasem dostałam opowieść znacznie bardziej chłodną, momentami rozwlekłą i skupioną na bohaterce, z którą nie potrafiłam znaleźć żadnej wspólnej płaszczyzny.

    Nie żałuję tej lektury, bo znalazłam w niej kilka naprawdę interesujących motywów – przede wszystkim tych związanych z prehistorią człowieka oraz postacią Lamberta. Mam jednak poczucie, że całość nie zostanie ze mną na długo. To po prostu nie jest literatura, po którą sięgam najchętniej.

    Choć mnie ta historia ostatecznie nie przekonała, myślę, że znajdzie swoich odbiorców. Szczególnie wśród osób, które lubią niejednoznacznych bohaterów, niespieszną narrację oraz powieści skłaniające do własnych interpretacji. Wiele do odnalezienia będą tu mieli również czytelnicy zainteresowani tematami ekologii, zmian przemysłowych i współczesnych dylematów związanych z relacją człowieka z naturą.



  • Autor: Kusher Rachel
  • Tytuł: Jezioro Stworzenia
  • Tytuł oryginalny: Creation Lake
  • Tłumaczenie: Marek Fedyszak
  • Wydawnictwo: Noir Sun Blanc
  • Liczba stron: 387
  • Premiera: 27 maj 2026
  • Copyright © 2014 Książkowe Wyliczanki , Blogger