poniedziałek, 7 maja 2018

PRZEDPREMIEROWO Szalenie dobre! "Serce w skowronkach" Magdalena Kordel




Nigdy z góry nie zakładam, że dany tytuł mi się spodoba, bez względu na to, czy sięgam po znanego sobie autora czy nie. Tym razem również w ten sposób podeszłam do lektury. Może nie z ostrożnością, ale z pewnością neutralnie, bo wiadomo, że lubiany autor również nagle może przestać się podobać. Z różnych przyczyn. Dlatego stwierdziłam, że dziś przeczytam kilka stron, zobaczę czy wciągnę się w klimat i jak tam znani mi już bohaterowie się czują... i przepadłam. Dosłownie nie potrafiłam oderwać się na dłużej niż kilka minut od akcji, która powodowała u mnie, jak zawsze zresztą, całą gamę odczuć: od śmiechu, po łzy. 

Klementyna, Dobrochna i Pogubiona Agata zostały w Miasteczku, do którego przywędrowały zimą. Kilka dobrych dusz sprawiło, że w starej kamienicy czują się na miejscu. Jednak Klementyna boi się zapuszczać korzenie, przez całe życie doświadczająca nagłych zniknięć i przeprowadzek. A los zmusza ją do decyzji, które są jednocześnie łatwe i trudne. Pojawiają się też znaki wskazujące, że plany jej najbliższych przyjaciół są zwrotem w dobrym kierunku. 


Wystarczyło kilka kartek, żebym miała pewność, że zarówno styl autorki - to lekkie, plastyczne pióro, jak i bohaterowie od razu mnie do siebie przyciągną. Mimo tylu książek Magdy, które mam na swoim koncie, nadal nie potrafię rozgryźć, co tak naprawdę sprawia, że jej język jest tak dobry, z tym chyba trzeba się urodzić, bo wiele różnych książek czytam, ale to własnie te najszybciej i najpłynniej połykam. Ciąg dalszy przygód bohaterów poznanych w "Sercu z piernika" jest naturalnym przedłużeniem wydarzeń z zimy. Pojawiają się również nowi bohaterowie, niektórzy tylko na krótką chwilę, ale również tacy, którzy prawdopodobnie zostaną na dłużej. 

Różową kamieniczkę w Miasteczku zaczął spowijać wiosenny zmierzch. Miał w sobie o wiele więcej delikatności niż ten zimowy. Nadchodził później, lubił włóczyć się po sennych uliczkach i zaglądać do wąskich zaułków. Zaciemniał obraz, przekomarzał się z drobinami odchodzącego dnia. Trącał kocie wąsy i ogony. Lubił wszelkie odcienie szarości, które z gracją przekształcał w granat. Owijał się miękko wokół sprzętów w pokojach, w których nie zapalano świateł, i wydłużał cienie, z ciekawością wściubiał nos w najmniejsze zakamarki. 

Ten tytuł czytałabym z przyjemnością ze względu na kwestie, o których pisałam powyżej, ale tym razem autorka dodała akcenty, które dodatkowo sprawiły mi przyjemność. Bo czy nie miło czyta się o miejscach, których nie trzeba sobie wyobrażać, bo bywało się w nich i zna się je dość dobrze? To zdecydowanie dodatkowy plusik tej lektury. Drugim są konie. Uwielbiam te zwierzęta i marzy mi się kiedyś na stare lata jeden, czy dwa. Miejsce nawet jest, tylko chwilowo sytuacja nie pozwala. Przez dłuższą chwilę zastanawiałam się również nad smutnym wierszem, który pojawia się na kartach powieści. Wiem, że go znam, czytałam dość dawno w innej książce, ale nadal nie potrafię sobie przypomnieć gdzie. Może u Krzysztofa Czarnoty? 


Bohaterowie książki są tak wspaniałymi postaciami, oczywiście z całą dozą człowieczeństwa, drobnych pomyłek i chwilowych problemów, ale jednak są osobami, które chciałoby się poznać, zaprzyjaźnić się z nimi, spędzać razem czas. Oczywiście jak zawsze nie tylko te pozytywne postaci się tam pojawiają, są takie, które wzbudzają wiele innych emocji, a nawet bardzo negatywne, którymi chciałoby się porządnie potrząsnąć, czy nawet walnąć. Wiadomo, że świat różowy nie jest, a jednak po lekturze chciałabym odwiedzić Miasteczko, jak kiedyś chciałam odwiedzić Malownicze. Poznać tych ludzi osobiście, spróbować wspaniałych wypieków Klementyny i Kuby. Swoją drogą w tej książce jest tak dużo wspaniałych wypieków, że chciałoby się cały czas coś podgryzać. Kiedyś czytając "Anię na Uniwersytecie" nie rozumiałam wypowiedzi bohaterki w podobnym tonie, a teraz zupełnie się z nią zgadzam: jak nie babeczki to eklerki, jak nie to pączki, jak nie to precle... ech, silna wola tutaj nie wystarczy. 

Wbrew pozorom dużo się tutaj dzieje i to nie tylko w stosunku do samej Klementyny, którą można w sumie nazwać chyba główną bohaterką, ale również u Pogubionej Agaty i Dobrochny, a także znajomych bohaterek. Niektóre wydarzenia wywołują uśmiech czy nawet śmiech, niektóre sprawiają, że skóra cierpnie ze strachu, czasami czułam bezsilność, ale były też momenty bardzo wzruszające, które wspomnieniami cofały się w czasie. 

"Serce w skowronkach" to książka, która jest wspaniała na poprawę humoru, sprawia przyjemność przy lekturze, a mimo że pozornie wydaje się lekka i przyjemna, wywołuje różnorodne emocje. Jak wszystkie wcześniejsze książki Magdy, czyta się szybko i z przyjemnością, ale również z chęcią się do nich wraca. Nadal nie potrafię stwierdzić, jak autorka to robi, ale jestem za każdym razem zachwycona i czekam na więcej. Tym razem też, mimo że nadal czekamy na oficjalną premierę "Serca w skowronkach" (która odbędzie się 23 maja) ja już nie mogę doczekać się kolejnej części tego cyklu!

Jeśli jesteście fanami twórczości Magdaleny Kordel, na pewno nie trzeba Was zachęcać. Ten tytuł trzeba przeczytać! Jeśli nie jesteście fanami autorki, to najwyższy czas to zmienić!



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdy zostawiony komentarz.