7/01/2026

To nie jest łatwa "Autobiografia śmierci" Kim Hyesoon

To nie jest łatwa "Autobiografia śmierci" Kim Hyesoon



Są książki, które zachwycają od pierwszych stron. Są takie, które wymagają cierpliwości. I są wreszcie takie, które budzą przede wszystkim pytania. Dla mnie „Autobiografia śmierci” Kim Hyesoon okazała się właśnie tym trzecim rodzajem lektury.

To tom niezwykły. Składa się z czterdziestu dziewięciu utworów opisujących kolejne etapy śmierci, do których dołączony został cykl „Oblicze rytmu”. Już sam pomysł na konstrukcję tomu odsyła do buddyjskiej wizji przejścia między życiem a kolejnym wcieleniem. Czterdzieści dziewięć dni to przecież czas bardo – okres pomiędzy śmiercią a odrodzeniem, opisywany w Tybetańskiej Księdze Umarłych. Nieprzypadkowy wydaje się również utwór „Seoul, księga umarłych”, który wyraźnie dialoguje z tą tradycją.

Kim Hyesoon nie opowiada jednak o śmierci w sposób dosłowny. Tworzy gęstą sieć symboli, surrealistycznych obrazów i metafor. Pojawiają się psy, wrony, lalki, samoloty, wyspy, lustra, królewna Nakrang, wnętrzności, szpitale i nieustannie powracający motyw ciała. Świat żywych i zmarłych przenikają się, a granica między nimi niemal zanika. W wielu miejscach wybrzmiewają także elementy głęboko zakorzenione w kulturze koreańskiej – obecność przodków, nieustanna więź ze zmarłymi, motyw han, czyli trudnego do przełożenia na inne języki doświadczenia nagromadzonego bólu i żalu, a także echa koreańskiego szamanizmu, w którym zwierzęta czy duchy stają się pośrednikami między światami.

To książka niezwykle świadoma kulturowo i literacko. Widać, że niemal każdy utwór został zbudowany z wielu warstw znaczeniowych i odwołań, które wymagają od czytelnika uważności. Nie jest to poezja prowadząca za rękę. Wręcz przeciwnie – autorka wrzuca nas w sam środek obrazów, z których każdy może znaczyć coś innego.

I właśnie tutaj pojawiła się moja największa trudność.

Przez wiele dni czytałam ten tom bardzo powoli. Zatrzymywałam się niemal przy każdym utworze, próbując odnaleźć sens kolejnych metafor. Niektóre teksty rzeczywiście do mnie przemówiły. „Imienniczka”, „Chcę się dostać na tę wyspę”, „Sekcja zwłok”, „AEIOU”, „Kołysanka”, „Imię”, „Zaświaty” czy „Kłamstwo” zostaną ze mną na dłużej. To właśnie w nich odnajdywałam historię, emocje albo obraz, którego mogłam się uchwycić. Jeden z utworów wzruszył mnie naprawdę mocno.

Jednak większość tomu pozostawiła mnie bardziej z poczuciem podziwu niż poruszenia.

Z każdą kolejną stroną coraz lepiej rozumiałam, że autorka mówi o śmierci, żałobie, cierpieniu, chorobie i rozpadzie tożsamości. W dodatku „Oblicze rytmu” coraz wyraźniej dostrzegałam, że głównym tematem staje się już nie sama śmierć, lecz życie z bólem – psychicznym i fizycznym. Powracający pies zaczął układać się w symbol cierpienia, traumy czy choroby, a kolejne obrazy budowały spójną wizję człowieka zmagającego się z własnym wnętrzem.

Problem polegał na tym, że choć rozumiałam coraz więcej, coraz mniej czułam.

Zamiast zbliżać się do bohaterów czy emocji, coraz częściej miałam wrażenie, że poruszam się po labiryncie symboli. Po pewnym czasie powracające obrazy bólu zaczęły wydawać mi się powtarzalne. Nie dlatego, że nie rozumiałam ich znaczenia, ale dlatego, że przestały mnie emocjonalnie angażować.

Kilka dni przed zakończeniem lektury nieustannie wracał do mnie „Kot w pustym mieszkaniu” Wisławy Szymborskiej. To również wiersz o śmierci, ale opowiedzianej z perspektywy codzienności. Bez rozbudowanej symboliki, bez konieczności rozszyfrowywania znaczeń. Za każdym razem wzrusza mnie równie mocno. I chyba właśnie wtedy uświadomiłam sobie, że taka poezja jest mi znacznie bliższa.

Po spotkaniu Klubu Książki Koreańskiej tylko utwierdziłam się w przekonaniu, że „Autobiografia śmierci” jest książką bardzo wymagającą. Prowadząca, opowiadała o licznych odniesieniach do buddyzmu, Tybetańskiej Księgi Umarłych oraz koreańskiej kulturze, pokazując, jak bogata jest warstwa symboliczna tego tomu. Wcześniej czytałam również o samej Kim Hyesoon – poetce uznawanej za jedną z najbardziej oryginalnych i awangardowych współczesnych autorek koreańskich, której twórczość pełna jest wielowarstwowych metafor i nieoczywistych symboli.

Ta wiedza pozwoliła mi spojrzeć na książkę z większym zrozumieniem, ale nie sprawiła, że stała mi się bliższa.

Podczas lektury poświęciłam każdemu utworowi naprawdę dużo czasu. Zatrzymywałam się, wracałam do poszczególnych tekstów, szukałam znaczeń i kontekstów. Dzięki wspólnym analizom odkryłam wiele motywów, których sama prawdopodobnie bym nie dostrzegła – od koreańskich legend i motywu han, przez elementy szamanizmu, aż po buddyjskie rozumienie śmierci jako procesu przejścia. Mimo to większość tych wierszy pozostała dla mnie przede wszystkim intelektualną łamigłówką, a nie doświadczeniem emocjonalnym.

Być może jest to właśnie ten rodzaj poezji, który bardziej się analizuje niż przeżywa. Ja natomiast w poezji szukam przede wszystkim emocji. Nawet jeśli są ukryte między wersami, potrzebuję poczuć je razem z autorem. Tutaj, mimo wielu godzin spędzonych nad kolejnymi utworami, nie udało mi się nawiązać takiej relacji.

Po zakończeniu lektury zostało ze mną przede wszystkim ogólne wrażenie – śmierci jako procesu, cierpienia wpisanego w ludzką egzystencję oraz nieustannego przenikania się świata żywych i umarłych. Zostało też kilka pojedynczych utworów, do których chętnie wrócę.

Ale całość najlepiej podsumowuje jedno zdanie: Przeczytałam. Doceniam. Nie chcę wracać. 




  • Autor: Kim Hyesoon
  • Tytuł: Autobiografia śmierci
  • Tytuł oryginalny: 죽음의 자서전 (jug-eum-ui jaseojeon)
  • Tłumaczenie: Ewa Suh, Lynn Suh, Katarzyna Szuster-Tardi
  • Wydawnictwo: Biuro Literackie
  • Liczba stron: 108
  • Premiera: 25 wrzesień 2023
Copyright © 2014 Książkowe Wyliczanki , Blogger