- Autor: Gu Byeong-Mo
- Tytuł: Agami
- Tytuł oryginalny: 아가미 (agami)
- Tłumaczenie: Anna Dinejko-Wąs
- Wydawnictwo: Mova
- Liczba stron: 240
- Premiera: 07 maj 2025
Bez względu na to, jaki kto ma zawód, po pięćdziesiątce można jednego dnia zarządzać personelem, a następnego zostać zmuszonym do przejścia na emeryturę.
Niewielkie bloki składające się łącznie z dwunastu mieszkań zostały wybudowane nieco ponad dekadę wcześniej, w czasie mody na podobne konstrukcje. Znajdowały się w górskim zaciszu, daleko od innych terenów mieszkalnych, bez jednego nawet sklepu czy przydatnej placówki w pobliżu. Na pierwszy rzut oka można było odnieść wrażenie, że na tym kompletnym pustkowiu tuż obok wyschniętego strumyka postawiono jakiś pensjonat. W każdym razie rząd przygotował osiedle z wyjątkową starannością, więc mieszkania były schludne, miały dobry rozkład pomieszczeń i odpowiedni metraż, największą ich zaletę stanowił zaś fakt, że wynajmującym było państwo, a nie osoba prywatna.
Dzieci ruszały się, przemieszczały i robiły gwar. Za każdym razem, gdy wybuchały płaczem lub śmiechem, uderzywszy się o coś lub potknąwszy, bądź kiedy doskwierało im pragnienie lub ciałka zraszał pot, szukały swoich mam. "Mamo!", wołały, choć nie było to podyktowane fizyczną potrzebą. Krzyki te czasem wyrywały im się przypadkowo, determinowane wewnętrznym instynktem lub głęboko zakorzenionym przez naturę odruchem bliskim biciu serca.
Jakiś miesiąc później jej biorytm niczym się nie różnił od większości aktywnych zawodowo matek łączących pracę i opiekę nad dziećmi oraz przyrządzających jeszcze w przerwach kimchi ze szczypiorku. Ogarniało ją głębokie zmęczenie. Bez przerwy czuła się spięta, a że dzieci doglądane były w mieszkaniu kogoś innego, nie mogła spokojnie wyciągnąć nóg ani walnąć się całym ciałem na kanapę.
Człowiek dorośleje, dopiero gdy pojawi się dziecko. Ślub i życie we dwoje to tylko zabawa w dom.
Kim Sung-Gon Andrea poniósł życiową porażę zarówno na ścieżce zawodowej jak i rodzinnej i nie widzi dla siebie żadnej przyszłości, dlatego pewnego dnia pojawia się na moście na rzece Han. Jednak nie realizuje planu, jaki wymyślił, bo to naprawdę zimny dzień, a woda musi być lodowata. Wraca więc do swojej kawalerki i zastanawia się, co jeszcze może zrobić. I jego postępowanie zmierza w zupełnie innym kierunku niż dotychczas. Z różnych przyczyn postanawia poprawić swoją postawę i zaczyna dokumentować swoje starania, żeby sprawdzić, czy mu się to uda. To pierwszy krok na ścieżce, która pozwoli mu odkryć radość oraz wrócić do szczęśliwego życia. Postanawia również pomóc innym w ich zmaganiach i stworzyć miejsce, które będzie wspierać osoby, które potrzebują zachęty do zmian.
Nie wydaje mi się. Mam wrażenie, że wszystko już dawno poszło w złym kierunku. Moją ścieżkę z góry ustalono i choćbym się naprawdę starała, koniec końców na nią wracam. Czuje się jak produkt na linii w fabryce. Etykieta, jaką mi przyklejają, już dawno została wybrana, a taśma ciągnie się daleko i ciągle zakręca, dając złudne poczucie nadziei, która na końcu i tak idzie się walić. Bo nie da się uciec od czekającej na mnie etykiety.
Histroria Sung-Gona na pierwszy rzut oka pokazuje człowieka załamanego, przegranego i pogodzonego z tym stanem, który nie widzi dla siebie dalszej drogi i dlatego postanawia zakończyć życie. Jednak jego postanowienie nie jest zbyt mocne, gdy wystarczy zimna woda, żeby zrezygnował. Jego codzienność to dostarczanie posiłków z pobliskiej restauracji i próby zrozumienia, co w jego życiu poszło nie tak. Początkowo bohater wzburza współczucie, bo wydaje się dobrym człowiekiem, któremu podwinęła się noga. Jednak z czasem, kiedy odkrywa wydarzenia z przeszłości, a także swoje relacje z żoną i córką, przestaje być jednowymiarowy. Powoli okazuje się, w jaki sposób doszedł do obecnego momentu w swoim życiu.
Z czasem Sung-Gon, wiedząc, że nie może rzucić się na duże zmiany życiowe, postanawia naprawić coś drobnego i chce skorygować swoją postawę. Codzienne ćwiczenia, dokumentacja i dążenie do osiągnięcia celu wpływają również na jego codzienne życie. Coś zaczyna się zmieniać. Powoli dochodzi do tego, że życie podąża w lepszym kierunku, a z czasem on sam chciałby pomagać innym.
Powieść niesie ze sobą nadzieję i pokazuje, że czasem drobne zmiany i determinacja w dążeniu do nich, mogą być początkiem czegoś większego. Autorka daje do zrozumienia, że nie cel powinien wyznaczać nasze działania, ale same dążenia do niego. Nie zawsze osiągnięcie celu będzie dawało radość, często również po zwycięstwie pojawia się kolejna porażka i znów trzeba odbić się od dna. To siła woli pozwala na zmiany i na dążenie do lepszego jutra.
Nigdy nie uda ci się za jednym razem osiągnąć wszystkiego, o czym marzysz. Świat nie jest aż tak wyrozumiały i hojny. Ale to nie znaczy, że masz się od razu poddać. Nawet jeśli coś nie idzie po twojej myśli, musisz przeć dalej, póki nie dojdziesz do końca.
Zaskakujące podczas lektury były drobne radości, które odkrywałam wraz z bohaterem. Cały bagaż, który w sobie nosił, porażki i trud podniesienia się z kolan, powoli zmieniał się w drobne zwycięstwa. I podczas lektury cały czas kibicowałam Kim Sung-gonowi, licząc, że ostatecznie uda mu się wyjść na prostą. Autorka jeszcze nie raz mnie w tym względzie zaskoczyła, sprawiając, że znów zaczęłam się zastanawiać, co w życiu tak naprawdę się liczy. Projekt "Gałązka" pokazał mi również, że wsparcie innych, czasami zupełnie obcych osób, daje siłę i sprawia, że nie odpuszczamy w swoich dążeniach do tych celów, które chcemy osiągnąć.
Autorka zwraca również uwagę na tematy trudne, często przemilczane, które czasem przyjmujemy jako coś oczywistego. Sam temat samobójstwa, który pojawia się w tej historii kilkakrotnie, ale również stygmatyzowanie przez społeczeństwo, hejt, dążenie do własnych celów bez oglądania się na innych, wykorzystywanie nawet najbardziej szlachetnych tematów dla pieniędzy... Niektóre z tych kwestii autorka tylko zaznaczyła, niektóre pojawiają się między wierszami, ale podczas lektury nie da się o nich zapomnieć.
"Tube" to powieść, która pokazuje życie i przemianę bohatera w średnim wieku, który pomimo wielu porażek, po raz kolejny wstaje z kolan. Jego historia jest inspiracją dla czytelnika, wskazuje mi własną drogę w życiu i daje nadzieję, że że przez drobne zmiany w codzienności można osiągnąć wiele, choć zawsze porażka może się przytrafić. Ale to nie koniec świata, trzeba próbować dalej.
Zapraszam na pojrzenie na świat kobiet w Ameryce Południowej, a dokładniej w Brazylii. Lubię odkrywać nowe kultury, a losy kobiet w różnych zakątkach świata od jakiegoś czasu z chęcią poznaję, dlatego z przyjemnością sięgnęłam po lekturę tej powieści. Autorka pokazała świat w którym kobieta musi walczyć o wolność i własne wybory. Czy warto po nią sięgnąć?
Początek XX wieku, w niewielkim mieście w Brazylii żyją kobiety z rodziny Flores. Od kilku pokoleń mężczyźni w tej rodzinie pojawiają się na krótko i zaraz znikają, a wszystko spowodowane jest klątwą o której mówi się w okolicy szeptem, choć same właścicielki domu z niebieskimi okiennicami nigdy o niej nie wspominają. Dzięki odkryciu przyjaciółki tworzą one piękne koronki, które sprzedają i które dają im dużo wolności. Koronki stają się też sposobem na przekazywanie wiadomości, kiedy jedna z dziewcząt zostaje wydana za mąż.
W naszej świadomości pieniądze były domeną wyłącznie mężczyzn. To oni zajmowali się ziemią i bydłem. To oni tę ziemię i bydło posiadali. To oni parali się handlem, chuligaństwem i komiwojażerką. To oni byli naszymi mężami, ojcami, braćmi. Pieniądze zawsze należały do nich.
Trafiłam na kolejną perełkę, która długo nie opuści mojej biblioteczki. Autorka dzięki bohaterkom z różnych pokoleń tej samej rodziny zderza ze sobą dwa światy, ten z lat 1918/1919 i współczesny. Sto lat temu kobiety trafiały spod kurateli ojca pod władzę męża, wtedy powoli walczyły o swoje prawa, o własnym decydowaniu, o prawie do odejścia, rozwodu. Dziś walczą nadal, bo choć wiele się zmieniło, to autorka wyraźnie pokazuje, że wiele kwestii nadal nie wygląda tak jak powinno.
W rzuconej z goryczy klątwie Cyganka nigdy nie sprecyzowała, że tylko kobiety z tego rodu czeka cierpienie. W ten sposób ją zrozumiano, bo koniec końców to częsty wniosek, że kobiety muszą zawsze za wszystko płacić, a zaczęło się to z chwilą, kiedy koś zjadł jabłko, którego nie wolno było jeść.
Historia jest wciągająca i sama nie wiem które czasy bardziej mnie wciągnęły. Obie linie czasowe wydają mi się równorzędne, choć przy tego typu zabiegach przeskoków w czasie, zazwyczaj wolę wybrać jedną historię. Koronczarki z początki XX wieku, które pokazywały niewielkie miasteczko z władzą bogatego dziedzica i kobietami, które wbrew swojej woli zostawały wydawane za mąż. Ale to też historia w której rodzi się miłość o którą trzeba walczyć. To również historia kobiecej przyjaźni. Wszystko to otaczają koronki, pięknie tworzone przez bohaterki, które są także wykorzystywane żeby wzajemnie się porozumiewać. Kobiety z rodziny Flores są pozostawione same sobie, one nie mają opiekunów w postaci mężczyzn, a jednak doskonale sobie radzą w tym świecie, wspólnie są w stanie poradzić sobie z przeciwnościami losu.
Alice doszła do wniosku, że wszystkie były zakładniczkami - kobieta z jej rodziny, która zachowała welon, aptekarka Kaylane, lat dwadzieścia cztery, zawieszona pomiędzy życiem a śmiercią w szpitalu, matka Alice o twarzy prawie nieruchomej od botoksu, nieustannie czymś się przechwalająca, by zapewne poczuć się ważniejszą, a nawet ona sama, która mimo niebieskich włosów i wypisanego na piersi hasła wciąż nazywała "mordercę" "skurwysynem".
Jest również współczesna historia, w której młoda, zbuntowana kobieta próbuje odnaleźć w życiu swoją drogę. Walczy o prawa kobiet, walczy również z matką, z którą nie potrafi się porozumieć. I jest w tym wszystkim tak bardzo współczesna. Świetnie oddaje dzisiejszy świat i wszystkie wątpliwości, które pojawiają się w naszych głowach.
Na obu osiach historii pojawiają się historie kobiet mniej lub bardziej wpływających na główne bohaterki. Jest Eugenia, która próbuje uciec z niechcianego małżeństwa, jest Vitorina, która robie wszystko, żeby spełnić swoje marzenie o miłości, są również współcześnie wspomniane kobiety, jak ta którą podpalił były chłopak, czy inna, walcząca o prawo opieki nad dzieckiem. Te wszystkie historie przeplatają się i tworzą ciekawą mozaikę, prawie jak piękna koronka stworzona przez bohaterki.
Życie jest jak koronka, moje dziecko, wydarzenia przeplatają się i przybierają unikalny kształt. Gdyby połączyły się w inny sposób, dałyby odmienny obraz. Każda historia jest wyjątkowa jak obrusy i narzuty, które wykonywałyśmy popołudniami w domu waszych krewnych. Niektóre były bardziej kunsztowne, wymagały planowania i poświęcenia. Inne, wyjątkowe, powstawały dzięki nieuwadze lub szczęściu.
"Koronczarki" to powieść, po którą sięgnęłam trochę przypadkiem, a jestem bardzo szczęśliwa, że tak się stało. Historia przybliża świat brazylijskich kobiet i tego, w jaki sposób powoli zdobywały (i nadal zdobywają) prawa o decydowaniu o własnym losie. Historia opisuje wiele bohaterek, które łączą więzi krwi, przyjaźń, czy wspólnie przeżywane cierpienie. W tle przedstawione są przepiękne koronki, tworzone przez bohaterki. Myślę, że to kolejna historia, która zostanie ze mną na długo.
Po raz kolejny sięgnęłam po literaturę japońską, licząc na przyjemne chwile z lekturą. Historia pokazuje zderzenie dwóch pokoleń - spojrzenia na świat, znalezienia sposobu na codzienność. Bardzo szybko czyta się ten tytuł, towarzysząc bohaterom w ich codziennych zmaganiach, radościach i smutkach, poznając świat ich oczami. Jednak na koniec został mi pewien niedosyt.
Główna bohaterka, dwudziestoletnia Chizu, zmęczona ciągłym pouczaniem przez swoją matkę, postanowiła przeprowadzić się do Tokio. Tam zamieszkała u ekscentrycznej pani Ginko, siedemdziesięcioletniej kobiety, w której domu jest więcej kotów niż ludzi. Chizu początkowo czuła się zagubiona i niepewna w obecności starszej kobiety. Miała niejasne wrażenie, że starsi ludzie niewiele już czują, a sama obecność pani Ginko budziła w niej lęk przed nieuchronną śmiercią.
Bardzo szybko rozprawiłam się z lekturą, jednak mam problem z jej oceną. Wszystkiemu winna jest Chizu. Nie udało mi się polubić tej bohaterki, często mnie irytowała zarówno swoim zachowaniem jak i podejściem do życia. Z jednej strony czuła się lepsza od pani Ginko, a z drugiej sama nie do końca wiedziała, co zrobić z własnym życiem.
Z czasem Chizu odkryła, że pani Ginko, mimo swojego wieku, żyła pełnią życia. Codzienność starszej kobiety była pełna trudnych emocji, z którymi starsza pani radziła sobie na swój sposób. W miarę upływu czasu i zmieniających się pór roku, obie kobiety zaczęły coraz bardziej się sobie przyglądać i zbliżać do siebie. Historia pokazuje, że niezależnie od wieku, każdy człowiek przeżywa emocje i zmaga się z własnymi problemami.
Zamiast łatwych odpowiedzi i szybkich rozwiązań, autorka zaoferowała bogactwo detali i delikatne niuanse, które trzeba powoli odkrywać. To historia, która działa na emocje i zmusza do zastanowienia się nad relacjami międzypokoleniowymi, starzeniem się, samotnością i potrzebą bliskości. Zamiast dynamicznych wydarzeń i szybkich zwrotów akcji, autorka skupia się na wewnętrznych przeżyciach bohaterów, ich relacjach i subtelnych zmianach zachodzących w ich życiu.
Zanim odwróciłam się plecami do nocy, morze się poruszyło.Wielogłosowy huk ugodził mnie w uszy, podłoga zapadła się pod ciężarem gruzów, w jakie zamienił się mój dom, wraz z nim i ja runęłam w dółŚwiat, jaki znałam, skończył się i razem z nim zniknęło wszystko, co kochałam i czego nienawidziłam.
Mówi się, że nie da się przyzwyczaić do cierpienia, ale to nieprawda. Wszyscy przyzwyczajają się do cierpienia, zarówno do jego zadawania, jak doznawania, o ile jest rozmyte w znieczulającej codzienności.
Dziewczyna wędrująca samotnie po zburzonej Mesynie musiała zachować nieustającą czujność (...) Gdyby zatrzymało się na niej czyjeś mętne spojrzenie, nie mogłaby zrobić nic innego, jak natychmiast dołączyć do grupy nieznajomych, udając, że do niej należy. Musiała być dość szybka, by umknąć przed płomieniami niespodziewanego pożaru, i nie mogła mieszać się w kłótnie i awantury. Powinna trzymać się z daleka od ludzi ściskających w kieszeni nóż albo pistolet skradziony w opuszczonym sklepie (...) nie mogła tracić zimnej krwi, gdy dowiadywała się, że z więzienia i szpitala psychiatrycznego wszyscy uciekli, ani gdy słyszała, że doszło do napadów na banki i urzędy celne. Powinna mieć świadomość, że w mieście będącym poza jakąkolwiek kontrolą ocaleje ten, kto jest zdecydowany przeżyć za wszelką cenę.
- Słyszysz ich? - szepnęła mi nocą Jutta do ucha. - Nie wybaczą nam, że żyjemy na ich grobach.
Pamiętasz, o czym ostatnio śniłaś/eś? Czy był to sen miły, może przerażający? Dawał poczucie wolności, a może pozwolił spełnić niezrealizowane możliwości? Może nie lubisz marnować czasu na sen i niewiele pamiętasz z nocnych wojaży? Niesłusznie. Bo dopiero zapadając w sen możesz trafić do miejsca, gdzie kupisz sen, który chcesz, a może bardziej, którego potrzebujesz. To tam znajduje się sławna Galeria Snów DallerGuta.