9/05/2026

Poznajcie "Niecodzienny sklepik z listami w Seulu" Baek Seungyeon

Poznajcie "Niecodzienny sklepik z listami w Seulu" Baek Seungyeon

 

Nadchodzi jesień, krótsze dni, nieprzewidziana pogoda, robi się też nostalgicznie. To czas, który wielu lubi spędzać w zaciszu własnego domu, z dobrą książką, rozgrzewającym napojem i chwilą na przemyślenia. Może to chwila, kiedy pomyślimy o kimś bliskim, kogo nie ma tuż obok. Współcześnie możemy skontaktować się na tak wiele sposobów, ale jeden z nich jest trochę zapomniany, zakurzony w obecnych czasach. List wymaga chwili zastanowienia, ale powoduje też wiele emocji. A gdyby tak niedaleko znalazło się miejsce, gdzie możemy usiąść i podzielić się własnymi myślami z drugą osobą?

Geulwoll znajduje się na jednej z ulic Seulu. Przyciąga okolicznych mieszkańców nie tylko ciekawymi produktami papierniczymi, ale również usługą Penpal, w ramach której można napisać list i zostawić go na miejscu. Być może niedługo ktoś go przeczyta i odpisze, a może będzie musiał dłużej poczekać na właściwą osobę. Czasem korespondencja z nieznaną osobą trwa dłużej, a czasem urywa się po jednej odpowiedzi. W tym nietypowym miejscu zaczyna pracę Hyo-yeong, uciekając z domu poniekąd przed listami od siostry.

Lektura tej książki jest niespieszna i trochę nostalgiczna. Pokazuje świat sklepu, do którego przychodzą bardzo różnorodni bohaterowie. I choć życie i charaktery tych postaci są tak inne, to w pewnym momencie połączył ich list, który napisali, siadając przy stoliku sklepu. To pracownicy biurowi i emeryci, dzieci, młodzież i osoby starsze. Szelest papieru, dźwięk stalówki lub długopisu sunącego po kartkach, a może myśl, że ktoś przeczyta nasze myśli. Może istnieje osoba, która ma podobne problemy, a może drobne radości. Oczekiwanie na odpowiedź i obawa, że ta nie przyjdzie. Te drobne elementy są codziennością Geulwoll.

Choć bohaterów jest kilku, to największą uwagę przykuwa Hyo-yeong. Bohaterka, dobiegająca trzydziestki, porzuca swoje dotychczasowe plany i zatrudnia się w sklepie znajomego. Uciekając od rodzinnego domu i niechcianych listów siostry, z którą jest w skomplikowanej relacji, znajduje spokojne miejsce, gdzie odkrywa przyjemność z drobnych codzienności. Poznając klientów, zaczyna poznawać ich codzienność. Sklep dzięki niej dużo zyskuje.

Wraz z nawiązywaniem znajomości z klientami i odkrywaniem codzienności Geulwoll powoli zmienia się również sama Hyo-yeong. Jej spojrzenie na sklep i ludzi, którzy do niego przychodzą, staje się coraz bardziej uważne, ale równie ważna okazuje się jej przemiana w relacji z siostrą. Początkowo narasta w niej napięcie i niezadowolenie – przez lata była przecież „tą drugą”, ciągle porównywaną, a upadek starszej siostry wpłynął na całą rodzinę. Z czasem jednak spod żalu, pretensji i poczucia niesprawiedliwości zaczynają wychodzić inne, głębiej skrywane uczucia. To one pozwalają siostrom ponownie się do siebie zbliżyć i przypominają, że niezależnie od tego, jak bardzo skomplikowane potrafią być rodzinne relacje, więzy między bliskimi bywają niezwykle mocne.

Powieść Baek Seungyeon idealnie wpasowuje się w jakże popularny healing novel, w którym można odkryć radość z codziennych, drobnych chwil i oderwać się od pędu ku karierze. Miejsce, które przedstawia autorka, dobrze pasuje do kocykowych powieści, a jednocześnie wyróżnia się nostalgicznym podejściem do listów. Wielu czytelników z pewnością pomyśli cieplej o własnych doświadczeniach z tą formą komunikacji.

W historii pojawia się również relacja, w której z czasem można dostrzec delikatne sygnały rodzącego się uczucia. Jest ono jednak bardzo stonowane i właściwie tylko dopełnia całą opowieść, nie próbując wysunąć się na jej pierwszy plan. Podobnie jest z tempem tej historii. Nie nazwałabym go wadą, ale z pewnością jest to książka dla tych, którzy potrafią cieszyć się niespieszną lekturą. Tutaj niewiele dzieje się w pośpiechu – są codzienne spotkania, rozmowy, listy i kolejne historie ludzi odwiedzających sklep. Wolny rytm, który nadała powieści autorka, pozwala zatrzymać się na chwilę, nacieszyć tym miejscem i przyjrzeć się relacjom, które powoli się w nim tworzą.

„Niecodzienny sklepik z listami w Seulu” idealnie wpisuje się w bardzo liczny gatunek książek-otulaczy, które przynoszą ukojenie, radość z lektury i pozwalają wyciszyć się w codziennych obowiązkach. Autorka inspirowała się prawdziwym miejscem, bo sklep Geulwol można znaleźć w Seulu. Myślę, że to dodatkowy smaczek dla osób, które z sentymentem myślą o listach i czasach, kiedy były one jednym z ważniejszych sposobów kontaktowania się z bliskimi.

  • Autor: Baek Seungyeon
  • Tytuł: Niecodzienny sklepik z listami w Seulu
  • Tytuł oryginalny: 편지 가게 글월 (pyeonji gage geul-wol)
  • Tłumaczenie: Katarzyna Stawnicka
  • Wydawnictwo: Otwarte
  • Liczba stron: 336
  • Premiera: 26 sierpień 2026

8/21/2026

Kim naprawdę były "Wiedźmy z Vardø" Anya Bergman

Kim naprawdę były "Wiedźmy z Vardø" Anya Bergman

 


Są książki, które odkładam po przeczytaniu i po prostu przechodzę do kolejnej lektury. Są też takie, które zostają ze mną na dłużej. „Wiedźmy z Vardø” Anyi Bergman zdecydowanie należą do tej drugiej grupy. To historia, która po lekturze długo zostaje w głowie, przede wszystkim za sprawą emocji, jakie wywołuje. Bezsilności, złości, niedowierzania, a czasem również zwyczajnego przerażenia tym, jak łatwo człowiek może odebrać drugiemu człowiekowi godność.

Bergman zabiera nas do Norwegii w 1662 roku, na położoną daleko na północy wyspę Vardø. To właśnie tutaj rozgrywały się procesy o czary, a autorka oparła swoją powieść na prawdziwych wydarzeniach i zachowanych dokumentach. Sama zainteresowała się historią podczas pobytu w Norwegii. Później dotarła do akt procesowych, w których zachowały się zeznania oskarżonych kobiet, a nawet odwiedziła Vardø, by poczuć surowość miejsca, w którym przed wiekami rozgrywały się te wydarzenia. W posłowiu podkreśla, że chciała przywrócić głos kobietom, których historie mogłyby dziś pozostać jedynie zapisem w starych dokumentach.

Czytając tę historię, trudno patrzeć na procesy o czary wyłącznie jak na wydarzenia sprzed kilku stuleci. Autorka pokazuje przede wszystkim ludzi, którzy musieli żyć w świecie, w którym wystarczył cudzy strach, pomówienie albo zachowanie wykraczające poza przyjęte normy, by znaleźć się po niewłaściwej stronie prawa.

Historię poznajemy przede wszystkim z dwóch perspektyw. Pierwszą z nich jest Anna Rhodius – kobieta więziona w twierdzy Vardø, choć z zupełnie innych powodów niż oskarżone o czary mieszkanki północy. Drugą jest Ingeborg, córka Zigri, kobiety oskarżonej o czary. Obok nich pojawiają się kolejne bohaterki, których losy splatają się w ciągu mniej więcej jednego roku.

Jest Zigri, która po śmierci męża i syna wdaje się w nieszczęśliwy romans. To uczucie, które miało choć na chwilę pozwolić jej zapomnieć o stracie, staje się początkiem jej tragedii. Jest Maren, córka kobiety wcześniej oskarżonej i zabitej jako czarownica. Dziewczyna doskonale wie, że w świecie, w którym strach może oznaczać śmierć, czasem najlepszą bronią jest właśnie wzbudzenie strachu w innych. Są też Ingeborg i inne kobiety, których historie pokazują, jak niewiele trzeba było, aby zwyczajne życie zamieniło się w koszmar.

Autorka bardzo mocno pokazuje przy tym, że oskarżenia o czary nie dotyczyły wyłącznie kobiet biednych, samotnych czy stojących na marginesie społeczeństwa. Kobieta mogła być żoną rybaka, córką lekarza czy żoną namiestnika twierdzy. Nie miało to większego znaczenia, jeśli przestała mieścić się w oczekiwaniach, jakie stawiano przed kobietami.

A te oczekiwania były bardzo jasno określone. Kobieta miała być posłuszna, zajmować się domem, rodzić i wychowywać dzieci. Miała znać swoje miejsce i nie kwestionować decyzji mężczyzn. Każda próba samodzielności, wyrażenia własnego zdania czy życia według własnych pragnień mogła stać się powodem do potępienia. I właśnie dlatego podczas lektury trudno nie odczuwać złości.

W książce nieustannie pojawiają się Szatan i diabeł, ale trudno nie zauważyć, że to właśnie mężczyźni okazują się tutaj największym zagrożeniem.

To mężczyźni są tu sędziami, oprawcami i tymi, którzy decydują, co jest prawdą. To oni stosują przemoc, wymuszają zeznania i odbierają kobietom godność. A jednocześnie to kobiety zostają uznane za źródło największego zła. Bergman bardzo mocno odwraca więc perspektywę – pokazuje, że strach przed czarownicą był często tylko wygodnym sposobem na usprawiedliwienie przemocy wobec tych, które okazały się niewygodne.

Nie jest to przy tym łatwa lektura. W książce znajdziemy brutalność, tortury i sceny, które współczesnemu człowiekowi trudno sobie nawet wyobrazić. Najbardziej przerażające jest jednak to, że za częścią tych wydarzeń stoją prawdziwe historie. Bergman nie musiała wymyślać całego okrucieństwa. Wystarczyło, że sięgnęła do dokumentów.

Ważnym elementem powieści jest również obecność Saamów – rdzennych mieszkańców północnych terenów, których świat i wierzenia były coraz mocniej wypierane przez przybyszów. Ich odmienność również stawała się powodem prześladowań. Dzięki temu historia Vardø nie jest wyłącznie opowieścią o polowaniu na czarownice, ale również o kolonizacji, nietolerancji i próbie odebrania ludziom prawa do własnej kultury i wierzeń.

A jednak spośród wszystkich bohaterek to Anna Rhodius najbardziej mnie zaintrygowała. Anna była więźniarką, ale jej historia różniła się od losów kobiet oskarżonych o czary. Dużo dowiadujemy się o niej z listów kierowanych do króla Danii. Z każdym kolejnym wspomnieniem coraz bardziej odkrywamy kobietę, która jak na swoje czasy posiadała wiedzę i doświadczenia niedostępne większości przedstawicielek jej płci. Jest inteligentna, świadoma świata, w którym żyje, ale jednocześnie potrafi być naiwna. I właśnie ta jej naiwność, związana z uczuciami i zaufaniem, staje się jednym z najważniejszych elementów jej historii.

Im więcej dowiadywałam się o Annie, tym bardziej niezwykłą postacią mi się wydawała. A jej zakończenie jest chyba jednym z tych momentów, które najbardziej zostają w pamięci. Smutnym i gorzkim, bo pokazującym, że niezależnie od pozycji, wpływów czy uczuć, ostatecznie w świecie zbudowanym przez mężczyzn kobieta wciąż może zostać sprowadzona do roli kogoś, nad kim można sprawować władzę.

„Wiedźmy z Vardø” nie są więc dla mnie tylko powieścią o czarownicach. To historia kobiet, którym próbowano odebrać głos, wolność i prawo do decydowania o własnym życiu. Historia o tym, jak strach może stać się narzędziem władzy i jak łatwo społeczeństwo może znaleźć kozła ofiarnego.

Ale przede wszystkim to opowieść o kobietach, które naprawdę istniały. Bergman nadaje im imiona, charaktery, emocje i własne historie. Dzięki temu nie pozostają anonimowymi nazwiskami z dawnych dokumentów.

I chyba właśnie dlatego ta książka tak długo zostanie ze mną. Bo po jej przeczytaniu trudno wrócić do myślenia o procesach czarownic jako o czymś odległym, zamkniętym w podręcznikach historii.

To były prawdziwe kobiety. Miały rodziny, uczucia, marzenia i własne zdanie.

A świat, w którym żyły, uznał, że za to wszystko mogą zapłacić najwyższą cenę.




  • Autor: Bergman Anya
  • Tytuł: Wiedźmy z Vardo
  • Tytuł oryginalny: The witches of Vardø
  • Tłumaczenie: Olga Podmiotko
  • Wydawnictwo: StoryLight
  • Liczba stron: 528
  • Premiera: 15 lipiec 2026
  • 7/11/2026

    Poznajcie "Nietuzinkowy sklep całodobowy" Kim Ho-Yeon

    Poznajcie "Nietuzinkowy sklep całodobowy" Kim Ho-Yeon


    Bardzo niedawno czytałam i pisałam o innej książce tego autora – Wypożyczalni zagubionych marzeń – która bardzo mi się podobała. Wydaje mi się, że po Nietuzinkowy sklep całodobowy nie sięgnęłabym tak szybko, gdyby nie podróż służbowa. Potrzebowałam zabrać ze sobą coś lekkiego, ale przede wszystkim książkę w niewielkim formacie. Tak właśnie zaczęłam czytać Nietuzinkowy sklep całodobowy, który pochłonęłam w ciągu jednego dnia.

    Czy mi się podobał? Bardzo. A dlaczego? O tym za chwilę. 

    Sklep całodobowy znajduje się na jednej z bocznych uliczek gdzieś w Seulu. Wpadają tam po szybką przekąskę albo butelkę soju – jest jak tysiące podobnych miejsc w mieście. Pewnego razu właścicielka sklepu, pani Yeom, podczas podróży gubi dokumenty. Dzięki pomocy bezdomnego mężczyzny udaje jej się je odzyskać. To moment zwrotny nie tylko w relacji tej dwójki bohaterów, ale także w życiu pozostałych pracowników sklepu. Oto bezdomny, który każe mówić na siebie Dokko, zaczyna tam pracę.

    Choć początkowo u jednych wzbudza strach, a u innych niesmak, z czasem wiele zmienia się za jego sprawą – zarówno w relacjach pracowników, jak i w ich postrzeganiu świata. Później zmiany zaczynają dostrzegać także klienci, którzy regularnie zaglądają do sklepu w drodze do domu. I właśnie wtedy sklep całodobowy staje się naprawdę nietuzinkowy.

    Po raz kolejny sięgnęłam po książkę z gatunku tych kocykowych, trochę obawiając się magicznych elementów, które nie do końca do mnie przemawiają. Tym razem nawet nie zaglądałam zbyt dokładnie do blurba, żeby nie zepsuć sobie przyjemności z odkrywania tej historii, więc tak naprawdę nie wiedziałam, czego się spodziewać.

    Po raz kolejny pozytywnie się zaskoczyłam, bo ta książka opowiada przede wszystkim o relacjach międzyludzkich. Często rodzą się one zupełnie przypadkiem, ale potrafią skłonić do zastanowienia się nad własnym postępowaniem i sprawić, że człowiek zdecyduje się obrać zupełnie nową drogę.

    Autor zaskoczył mnie wyborem postaci, która chyba nikomu nie kojarzy się z czymś przyjemnym. I rzeczywiście – na pierwszych stronach historii Dokko, jeszcze jako bezimienny bezdomny, nie zachęca do bliższego poznania. Jest zarośnięty, brudny, nieprzyjemnie pachnie, nosi zniszczone ubrania i prosi o coś ciepłego do jedzenia. To obraz, który można spotkać w większości większych miast na świecie.

    A jednak to właśnie on staje się centralną postacią tej książki. Żeby jednak mogło do tego dojść, najpierw sam musi dostać szansę na zmianę.

    Chyba właśnie to najbardziej urzekło mnie podczas lektury. Gdy się nad tym głębiej zastanowić, żaden z bohaterów nie jest idealny. Każdy ma swoje problemy, wątpliwości i wyrzuty sumienia, a jednocześnie stoi w miejscu, nie wiedząc, w którą stronę ruszyć.

    Trudności, z którymi mierzą się bohaterowie, są bardzo różne – od zawodowych rozterek, przez problemy z porozumieniem się z innymi, aż po skomplikowane relacje rodzinne. Nic nie zmienia się samo, ale wystarczy iskra, która pojawia się w odpowiednim momencie, by zmiana stała się możliwa. To dopiero pierwszy krok, ale prowadzący we właściwym kierunku.

    Jednocześnie przez całą książkę przewija się pytanie, kim właściwie jest Dokko, który nie pamięta nawet swojego prawdziwego imienia. Jaką ma przeszłość? Jak znalazł się na ulicy? Ten wątek również powoli znajduje swoje rozwiązanie, a śledzenie kolejnych odkrywanych fragmentów jego historii staje się dodatkowym smaczkiem tej powieści.

    Nie można też zapomnieć o języku, który doskonale uzupełnia tę historię i sprawia, że właściwie się przez nią płynie. Jest lekki, ale jednocześnie wyrazisty. To idealne dopełnienie opowieści, która ma przynieść czytelnikowi ukojenie.

    Nietuzinkowy sklep całodobowy to lektura, która wciągnęła mnie od pierwszych stron – najpierw zaskakującym bohaterem, a później pokazując jego powolną przemianę. To historia nie tylko przynosząca nadzieję na przyszłość, ale przede wszystkim przypominająca, że każdy zasługuje na kolejną szansę. Czasem wystarczy drobna iskra, jedno dobre słowo od drugiego człowieka, żeby coś zaczęło się zmieniać. Trzeba tylko otworzyć się i tę szansę przyjąć.

    Przeczytałam tę książkę w jeden dzień i z przyjemnością sięgnę po drugi tom. Jestem ciekawa, o czym autor opowie tym razem.



  • Autor: Kim Ho-Yeon
  • Tytuł: Nietuzinkowy sklep całodobowy
  • Tytuł oryginalny: 불편한 편의점 (bulpyeonhan pyeon-uijeom)
  • Tłumaczenie: Łukasz Janik
  • Wydawnictwo: Znak Literanova
  • Liczba stron: 304
  • Premiera: 11 marzec 2024
  • 7/08/2026

    Oniryczne "Sto cieni" Hwang Jungeum

    Oniryczne "Sto cieni" Hwang Jungeum


    Krótka historia, zawarta na niespełna 120 stronach, jest trochę magiczna, trochę refleksyjna. Z jednej strony smutna, z drugiej dająca nadzieję. To pewien wycinek z życia dwójki młodych ludzi, lekko odrealniony przez wprowadzenie kilku niecodziennych motywów. Sięgnęłam po nią, jadąc na spotkanie z autorką, a że dzięki niewielkiej objętości czyta się ją bardzo szybko, postanowiłam poznać ją do końca.

    „Pamiętaj, nie podążaj za cieniem”. To bardzo ważna przestroga, która pojawia się już na samym początku książki. Autorka buduje bardzo oniryczną powieść i bawi się językiem, który wciągnął mnie już od pierwszych zdań. Bohaterka, Eun-gyo, to młoda kobieta pracująca w jednym ze sklepików mieszczących się w odchodzącym w zapomnienie kompleksie giełdy elektronicznej. To właśnie tam poznaje Mu-jae. Historia tej dwójki przeplata się z opowieścią o sklepach, którym grozi zamknięcie, oraz o ich wiekowych właścicielach, którzy spędzili tam całe życie.

    Kompleks giełdy elektronicznej – kilka hal, w których ludzie żyją i pracują – jest dziś już przeszłością. Autorka, która brała udział w demonstracjach na rzecz zachowania tego historycznego miejsca, właśnie nim zainspirowała się, pisząc tę historię. Nie samo centrum i jego losy są jednak motywem przewodnim, choć nadają opowieści bardzo wyraźny klimat. W trakcie lektury można zajrzeć nie tylko do sklepu, w którym pracuje Eun-gyo, ale również poznać atmosferę innych punktów mieszczących się w kompleksie. Między wierszami pojawiają się informacje o planach wyburzenia i stopniowym podupadaniu tego miejsca. Całość niesie ze sobą nostalgię za dawnymi czasami oraz smutek związany z tym, co nieuchronnie przyniesie przyszłość.

    Mam jednak wrażenie, że centrum jest jedynie tłem tej historii. Powieść skupia się przede wszystkim na młodych bohaterach oraz cieniach, które pozostają istotne od pierwszej do ostatniej strony. To właśnie one stają się w tej opowieści czymś niezwykłym. Jednocześnie nie zaskakują bohaterów – mam wręcz wrażenie, że są dla nich czymś zupełnie naturalnym. Cień każdego człowieka może się oddzielić, choć do końca nie wiadomo, dlaczego tak się dzieje. Jedno jest pewne – podążanie za własnym cieniem to coś, czego absolutnie nie wolno robić, ponieważ może doprowadzić człowieka do zguby.

    Związek Eun-gyo i Mu-jae rozwija się bardzo naturalnie. Pracują w tym samym kompleksie, razem jedzą posiłki i wybierają się na krótkie wycieczki. Nie ma w tej relacji wielkich deklaracji ani gwałtownych zwrotów akcji. Jest za to bliskość, która rodzi się z codzienności i wspólnie spędzanego czasu. W ich rozmowach raz za razem powraca motyw cieni, a wraz z nim ostrzeżenie, by nigdy za nimi nie podążać. To zjawisko, które może zniszczyć człowiekowi życie.

    Właściwie do samego końca nie wiadomo, czym są tytułowe cienie. Czytelnik może jedynie domyślać się ich znaczenia, co dodatkowo potęguje oniryczny charakter tej opowieści. Zresztą nie są to jedyne niezwykłe elementy tej historii. W jednej z rozmów pojawia się również motyw wirów na głowie, który jeszcze bardziej burzy poczucie rzeczywistości i sprawia, że podczas lektury łatwo zatracić granicę między tym, co realne, a tym, co symboliczne.

    Urzekł mnie przede wszystkim język tej powieści, który już od pierwszego zdania zachwyca swoją melodyjnością. Równie mocno przemówił do mnie klimat podupadającego kompleksu, który autorka oddaje z niezwykłym wyczuciem. Czytając opisy sklepików i ich właścicieli, trudno nie odczuć sentymentu i smutku. To właśnie te elementy okazały się dla mnie największymi atutami tej lektury.

    „Sto cieni” to utwór, który łączy w sobie elementy realizmu magicznego z próbą ocalenia pamięci o miejscu, które już nie istnieje. Autorka spaja wszystko pięknym, melodyjnym językiem, dzięki któremu bardzo łatwo wejść w tę historię. I choć relacja głównych bohaterów nie zostanie ze mną na długo, to jestem pewna, że jeszcze nieraz pomyślę o starych sklepikach, ich właścicielach i niezwykłym klimacie tego miejsca. W pamięci pozostanie mi również lekkość języka, a same cienie do końca pozostaną zagadką. 



  • Autor: Hwang Jungeum
  • Tytuł: Sto cieni
  • Tytuł oryginalny: 百의 그림자 (baeg-ui geulimja)
  • Tłumaczenie: Dominika Chybowska-Jang
  • Wydawnictwo: Tajfuny
  • Liczba stron: 120
  • Premiera: 25 marzec 2025
  • 7/01/2026

    To nie jest łatwa "Autobiografia śmierci" Kim Hyesoon

    To nie jest łatwa "Autobiografia śmierci" Kim Hyesoon



    Są książki, które zachwycają od pierwszych stron. Są takie, które wymagają cierpliwości. I są wreszcie takie, które budzą przede wszystkim pytania. Dla mnie „Autobiografia śmierci” Kim Hyesoon okazała się właśnie tym trzecim rodzajem lektury.

    To tom niezwykły. Składa się z czterdziestu dziewięciu utworów opisujących kolejne etapy śmierci, do których dołączony został cykl „Oblicze rytmu”. Już sam pomysł na konstrukcję tomu odsyła do buddyjskiej wizji przejścia między życiem a kolejnym wcieleniem. Czterdzieści dziewięć dni to przecież czas bardo – okres pomiędzy śmiercią a odrodzeniem, opisywany w Tybetańskiej Księdze Umarłych. Nieprzypadkowy wydaje się również utwór „Seoul, księga umarłych”, który wyraźnie dialoguje z tą tradycją.

    Kim Hyesoon nie opowiada jednak o śmierci w sposób dosłowny. Tworzy gęstą sieć symboli, surrealistycznych obrazów i metafor. Pojawiają się psy, wrony, lalki, samoloty, wyspy, lustra, królewna Nakrang, wnętrzności, szpitale i nieustannie powracający motyw ciała. Świat żywych i zmarłych przenikają się, a granica między nimi niemal zanika. W wielu miejscach wybrzmiewają także elementy głęboko zakorzenione w kulturze koreańskiej – obecność przodków, nieustanna więź ze zmarłymi, motyw han, czyli trudnego do przełożenia na inne języki doświadczenia nagromadzonego bólu i żalu, a także echa koreańskiego szamanizmu, w którym zwierzęta czy duchy stają się pośrednikami między światami.

    To książka niezwykle świadoma kulturowo i literacko. Widać, że niemal każdy utwór został zbudowany z wielu warstw znaczeniowych i odwołań, które wymagają od czytelnika uważności. Nie jest to poezja prowadząca za rękę. Wręcz przeciwnie – autorka wrzuca nas w sam środek obrazów, z których każdy może znaczyć coś innego.

    I właśnie tutaj pojawiła się moja największa trudność.

    Przez wiele dni czytałam ten tom bardzo powoli. Zatrzymywałam się niemal przy każdym utworze, próbując odnaleźć sens kolejnych metafor. Niektóre teksty rzeczywiście do mnie przemówiły. „Imienniczka”, „Chcę się dostać na tę wyspę”, „Sekcja zwłok”, „AEIOU”, „Kołysanka”, „Imię”, „Zaświaty” czy „Kłamstwo” zostaną ze mną na dłużej. To właśnie w nich odnajdywałam historię, emocje albo obraz, którego mogłam się uchwycić. Jeden z utworów wzruszył mnie naprawdę mocno.

    Jednak większość tomu pozostawiła mnie bardziej z poczuciem podziwu niż poruszenia.

    Z każdą kolejną stroną coraz lepiej rozumiałam, że autorka mówi o śmierci, żałobie, cierpieniu, chorobie i rozpadzie tożsamości. W dodatku „Oblicze rytmu” coraz wyraźniej dostrzegałam, że głównym tematem staje się już nie sama śmierć, lecz życie z bólem – psychicznym i fizycznym. Powracający pies zaczął układać się w symbol cierpienia, traumy czy choroby, a kolejne obrazy budowały spójną wizję człowieka zmagającego się z własnym wnętrzem.

    Problem polegał na tym, że choć rozumiałam coraz więcej, coraz mniej czułam.

    Zamiast zbliżać się do bohaterów czy emocji, coraz częściej miałam wrażenie, że poruszam się po labiryncie symboli. Po pewnym czasie powracające obrazy bólu zaczęły wydawać mi się powtarzalne. Nie dlatego, że nie rozumiałam ich znaczenia, ale dlatego, że przestały mnie emocjonalnie angażować.

    Kilka dni przed zakończeniem lektury nieustannie wracał do mnie „Kot w pustym mieszkaniu” Wisławy Szymborskiej. To również wiersz o śmierci, ale opowiedzianej z perspektywy codzienności. Bez rozbudowanej symboliki, bez konieczności rozszyfrowywania znaczeń. Za każdym razem wzrusza mnie równie mocno. I chyba właśnie wtedy uświadomiłam sobie, że taka poezja jest mi znacznie bliższa.

    Po spotkaniu Klubu Książki Koreańskiej tylko utwierdziłam się w przekonaniu, że „Autobiografia śmierci” jest książką bardzo wymagającą. Prowadząca, opowiadała o licznych odniesieniach do buddyzmu, Tybetańskiej Księgi Umarłych oraz koreańskiej kulturze, pokazując, jak bogata jest warstwa symboliczna tego tomu. Wcześniej czytałam również o samej Kim Hyesoon – poetce uznawanej za jedną z najbardziej oryginalnych i awangardowych współczesnych autorek koreańskich, której twórczość pełna jest wielowarstwowych metafor i nieoczywistych symboli.

    Ta wiedza pozwoliła mi spojrzeć na książkę z większym zrozumieniem, ale nie sprawiła, że stała mi się bliższa.

    Podczas lektury poświęciłam każdemu utworowi naprawdę dużo czasu. Zatrzymywałam się, wracałam do poszczególnych tekstów, szukałam znaczeń i kontekstów. Dzięki wspólnym analizom odkryłam wiele motywów, których sama prawdopodobnie bym nie dostrzegła – od koreańskich legend i motywu han, przez elementy szamanizmu, aż po buddyjskie rozumienie śmierci jako procesu przejścia. Mimo to większość tych wierszy pozostała dla mnie przede wszystkim intelektualną łamigłówką, a nie doświadczeniem emocjonalnym.

    Być może jest to właśnie ten rodzaj poezji, który bardziej się analizuje niż przeżywa. Ja natomiast w poezji szukam przede wszystkim emocji. Nawet jeśli są ukryte między wersami, potrzebuję poczuć je razem z autorem. Tutaj, mimo wielu godzin spędzonych nad kolejnymi utworami, nie udało mi się nawiązać takiej relacji.

    Po zakończeniu lektury zostało ze mną przede wszystkim ogólne wrażenie – śmierci jako procesu, cierpienia wpisanego w ludzką egzystencję oraz nieustannego przenikania się świata żywych i umarłych. Zostało też kilka pojedynczych utworów, do których chętnie wrócę.

    Ale całość najlepiej podsumowuje jedno zdanie: Przeczytałam. Doceniam. Nie chcę wracać. 




    • Autor: Kim Hyesoon
    • Tytuł: Autobiografia śmierci
    • Tytuł oryginalny: 죽음의 자서전 (jug-eum-ui jaseojeon)
    • Tłumaczenie: Ewa Suh, Lynn Suh, Katarzyna Szuster-Tardi
    • Wydawnictwo: Biuro Literackie
    • Liczba stron: 108
    • Premiera: 25 wrzesień 2023

    6/28/2026

    Gdzie leży "Jezioro stworzenia" Rachel Kushner

    Gdzie leży "Jezioro stworzenia" Rachel Kushner


    Są książki, które od pierwszych stron wciągają i nie pozwalają się od siebie oderwać. Są też takie, które intrygują pewnymi elementami, ale ostatecznie nie do końca spełniają oczekiwania. I właśnie takie odczucia zostawiło we mnie Jezioro Stworzenia.

    Najbardziej zaciekawił mnie początek i wszystkie rozważania dotyczące prehistorii człowieka. Wątki związane z neandertalczykami, homo erectus czy homo sapiens oraz nowe odkrycia archeologiczne naprawdę przykuły moją uwagę. To właśnie te fragmenty czytałam z największym zainteresowaniem i szkoda, że później zeszły one na dalszy plan. Chętnie przeczytałabym ich znacznie więcej, bo były dla mnie jednym z najmocniejszych punktów całej powieści.

    Główna historia skupia się na amerykańskiej agentce działającej pod fałszywą tożsamością. Na zlecenie prywatnej organizacji ma przeniknąć do ekologicznej komuny, zdobyć zaufanie jej członków i doprowadzić do jej zniszczenia. Brzmiało to jak zapowiedź historii pełnej napięcia i moralnych dylematów. Liczyłam też, że wraz z poznawaniem mieszkańców komuny bohaterka zacznie patrzeć na świat z innej perspektywy. Tymczasem otrzymałam coś zupełnie innego.

    Agentka Smith z każdą kolejną stroną wydawała mi się coraz bardziej cyniczna, bezduszna i pozbawiona jakichkolwiek wartości poza pieniędzmi. Jej wspomnienia tylko utwierdzały mnie w tym przekonaniu. Do tego dochodzi ciągłe picie, prowadzenie samochodu pod wpływem alkoholu czy wykorzystywanie ludzi wyłącznie jako narzędzi do osiągnięcia celu. To bohaterka, której zwyczajnie nie potrafiłam polubić ani kibicować.

    Również sam pobyt w komunie momentami mnie nużył. Odniosłam wrażenie, że niektóre rozdziały nie wnosiły wiele do historii i niepotrzebnie spowalniały akcję. Paradoksalnie, mimo że spędzamy tam z bohaterką sporo czasu, wcale nie miałam poczucia, że dobrze poznałam tę społeczność. Owszem, wiadomo, że jej członkowie sprzeciwiają się zmianom przemysłowym i walczą o środowisko, ale zabrakło mi głębszego zrozumienia ich codzienności, motywacji i tego, do czego tak naprawdę dążą. Ich przywódca sprawiał natomiast wrażenie człowieka, który decyduje o wszystkim, przez co całość momentami bardziej przypominała sektę niż wspólnotę opartą na wspólnych ideach.

    To, co zapamiętam z tej książki najmocniej, to kilka bardzo nietuzinkowych postaci. Kobieta wykluczona z komuny za własne zdanie, która postanowiła szukać trufli ze swoją świnią. Starsze małżeństwo pragnące dołączyć do wspólnoty, ale odrzucone przez jej członków. Czy wreszcie najbardziej kontrowersyjny bohater – nastolatek, który jako jedenastolatek został ojcem, a własne dziecko wychowuje jak młodszego brata. To właśnie takie epizody sprawiały, że historia nabierała charakteru i wybijała się ponad schemat.

    Duże wrażenie zrobił na mnie również Lambert – człowiek mieszkający w jaskiniach, który po tragedii ze swojej przeszłości odciął się od świata i poświęcił badaniom nad neandertalczykami. To postać tajemnicza, nietuzinkowa i zdecydowanie jedna z ciekawszych w całej powieści. Żałuję tylko, że autorka nie poświęciła mu więcej miejsca, bo właśnie jego historia najbardziej mnie intrygowała.

    Punkt kulminacyjny, czyli protest podczas targów zakończony śmiercią i ucieczką głównej bohaterki, pokazał z kolei, że nad losem wielu ludzi stoją siły, których na co dzień nawet nie dostrzegamy. To chyba jedyny moment, w którym poczułam napięcie i miałam wrażenie, że wszystkie elementy układanki zaczynają się ze sobą łączyć.

    Ostatecznie „Jezioro Stworzenia” okazało się dla mnie książką, która dość mocno rozminęła się z moimi oczekiwaniami. Po opisie spodziewałam się historii o odkrywaniu tajemnic zamkniętej społeczności i stopniowej przemianie bohaterki pod wpływem ludzi, których miała zniszczyć. Tymczasem dostałam opowieść znacznie bardziej chłodną, momentami rozwlekłą i skupioną na bohaterce, z którą nie potrafiłam znaleźć żadnej wspólnej płaszczyzny.

    Nie żałuję tej lektury, bo znalazłam w niej kilka naprawdę interesujących motywów – przede wszystkim tych związanych z prehistorią człowieka oraz postacią Lamberta. Mam jednak poczucie, że całość nie zostanie ze mną na długo. To po prostu nie jest literatura, po którą sięgam najchętniej.

    Choć mnie ta historia ostatecznie nie przekonała, myślę, że znajdzie swoich odbiorców. Szczególnie wśród osób, które lubią niejednoznacznych bohaterów, niespieszną narrację oraz powieści skłaniające do własnych interpretacji. Wiele do odnalezienia będą tu mieli również czytelnicy zainteresowani tematami ekologii, zmian przemysłowych i współczesnych dylematów związanych z relacją człowieka z naturą.



  • Autor: Kusher Rachel
  • Tytuł: Jezioro Stworzenia
  • Tytuł oryginalny: Creation Lake
  • Tłumaczenie: Marek Fedyszak
  • Wydawnictwo: Noir Sun Blanc
  • Liczba stron: 387
  • Premiera: 27 maj 2026
  • 6/20/2026

    Kim są "Anastazja", "Krzysztof" Agnieszka Panasiuk

    Kim są "Anastazja", "Krzysztof" Agnieszka Panasiuk


    Ta dylogia trafiła pod moje skrzydła patronackie, dlatego chciałabym rzetelnie opowiedzieć o niej i o wrażeniach, jakie na mnie wywarła. To jedna z tych historii, które warto poznać. Otwiera bowiem mniej znane okno na przeszłość, pokazując ją przez pryzmat losów zwykłych ludzi oraz problemów, z jakimi musieli się mierzyć każdego dnia.

    Anastazja po kilku latach nauki u prawosławnych sióstr wraca do rodzinnej Białej. Musi zmierzyć się nie tylko z ostracyzmem społecznym jako Polka, która ugięła się przed zaborcą i przyjęła jego wiarę, ale również z trudną sytuacją w domu. Ojciec nieustannie rządzi tam twardą ręką, a matka z powodu choroby ledwo jest w stanie krzątać się po gospodarstwie.

    Na szczęście dziewczyna znajduje zatrudnienie w żeńskim progimnazjum. Chce przekazywać wiedzę i pomagać młodym dziewczętom zdobywać wykształcenie. Czasy, w których przyszło jej żyć, szybko jednak wystawiają ją na próbę. Anastazja styka się z socjalistami, którzy próbują wykorzystać ją do własnych celów. To okres pierwszych strajków robotniczych i szkolnych, kiedy społeczne napięcia stają się coraz bardziej odczuwalne.

    Autorka osadziła historię w czasie, który rzadko trafia na karty powieści. Są to lata 1904–1905 – okres wojny rosyjsko-japońskiej oraz narastającego niezadowolenia społecznego zarówno w Rosji, jak i na terenach zaborczych, w tym na ziemiach polskich. W tym wszystkim śledzimy losy bohaterki, która wielokrotnie przywodziła mi na myśl pozytywistyczne ideały. Szczególnie bliskie wydawały mi się jej wiara w pracę u podstaw oraz przekonanie, że wiedza i edukacja mogą realnie zmieniać ludzkie życie.

    Krzysztof – tytułowy bohater drugiego tomu – jest całkowitym przeciwieństwem Anastazji. Okryty złą sławą, uwodziciel żon i panien na wydaniu, którego podróż z Warszawy do Białej ciągnie za sobą niezbyt chlubne historie. Spotkanie z Anastazją początkowo wydaje się czystym przypadkiem, ale los ma wobec nich własne plany.

    Historia Anastazji i Krzysztofa to opowieść o dwóch różnych światach, odmiennych ideałach i sposobach patrzenia na rzeczywistość. Anastazja wierzy w edukację, pracę u podstaw i pomoc najbiedniejszym. Krzysztof z kolei jest niezwykle radykalny — chce działać tu i teraz, a w dążeniu do swoich celów nie boi się sięgać po najbardziej zdecydowane środki. To zderzenie dwóch postaw i dwóch wizji walki o lepszą przyszłość stanowi jeden z najciekawszych elementów tej historii.

    Właściwie ta historia mogłaby tworzyć jedną książkę. Jest niezwykle płynna i doskonale pokazuje, jak społeczne niepokoje wpływają na losy bohaterów. Szczególnie Anastazja, która do samego końca pozostała dla mnie główną bohaterką tej opowieści, przechodzi ogromną przemianę. Nie tyle wewnętrzną, ponieważ jej ideały pozostają niezmienne, ile życiową. Obserwujemy ją od momentu powrotu ze szkoły, przez burzliwy okres spędzony w Białej, aż po ucieczkę z miasta i dalsze poszukiwanie własnej drogi.

    Autorka zastosowała też ciekawy zabieg w kreacji Krzysztofa. W pewnym sensie igra z oczekiwaniami czytelnika, prowadząc akcję i budując relacje między bohaterami w taki sposób, że łatwo można wyciągnąć błędne wnioski. Nie zdradzę szczegółów, ale bardzo podobało mi się, jak Agnieszka Panasiuk potrafiła wykorzystać ten element, by zaskoczyć odbiorcę.

    Dużym plusem tej historii są również relacje rodzinne bohaterki, które wraz z rozwojem akcji stopniowo pozbawiane są kolejnych warstw tajemnicy. Niejednokrotnie zaskakują zarówno Anastazję, jak i czytelnika, pokazując, jak nieprzewidywalne potrafią być ludzkie losy i relacje. Autorka świetnie ukazuje też, jak bardzo przeszłość wpływa na przyszłość — nie tylko rodziców, ale również ich dzieci, które często muszą mierzyć się z konsekwencjami dawnych decyzji.

    Nie można również zapomnieć o wątkach historycznych, które stanowią tło całej opowieści. Narastające niezadowolenie społeczne jest tu obecne niemal na każdym kroku. Rosyjscy żołnierze stacjonujący w garnizonie muszą mierzyć się z perspektywą wysłania na wschodni front, robotnicy stopniowo uświadamiani są przez socjalistów w kwestii swoich praw, a uczniowie dojrzewają do walki o możliwość nauki w ojczystym języku.

    Wszechobecne strajki i protesty, które początkowo wybuchają w większych ośrodkach, z czasem docierają coraz dalej na wschód. Nie omijają również Białej, gdzie dochodzi do wystąpień brutalnie tłumionych przez zaborcę. Dzięki temu autorka pokazuje, jak wielka historia przenikała do codziennego życia zwykłych ludzi i wpływała na ich decyzje oraz losy.

    „Anastazja” i „Krzysztof” to dwie drogi, dwoje bohaterów i dwa różne wybory. A jednak oba tomy tworzą jedną, płynną historię, która ukazuje życie na początku XX wieku oraz skomplikowane relacje międzyludzkie. To opowieść o pragnieniu zdobywania wiedzy i przekazywania jej innym, ale również o strajkach, działalności konspiracyjnej i walce o zmianę rzeczywistości.

    Autorka umiejętnie splata losy nie tylko bohaterów pierwszoplanowych, ale także postaci drugiego planu, tworząc barwną i angażującą historię. Dla mnie była to bardzo przyjemna lektura — momentami odkrywcza, a momentami porządkująca i ugruntowująca wiedzę o wydarzeniach, które rzadko stają się tłem powieści historycznych. Myślę, że osoby lubiące historie osadzone w przeszłości, a jednocześnie skupione na losach zwykłych ludzi, znajdą tutaj coś dla siebie. 

     



    • Autor: Panasiuk Agnieszka
    • Tytuł: Agnieszka, Krzysztof
    • Wydawnictwo: Szara Godzina
    • Liczba stron: 272; 248
    • Premiera: 17 kwiecień 2026

    6/17/2026

    Gdzie się znajduje "Wypożyczalnia zagubionych marzeń" Kim Ho-Yeon

    Gdzie się znajduje "Wypożyczalnia zagubionych marzeń" Kim Ho-Yeon


    To tytuł, który miał swoją premierę stosunkowo niedawno, bo na początku maja. Pewnie nie sięgnęłabym po niego, gdyby nie Klub Książki Koreańskiej, podczas którego właśnie o nim dyskutowaliśmy. Opinie uczestników były bardzo podzielone — od „bardzo mi się podobała” po „zupełnie do mnie nie trafiła”. A jak było w moim przypadku?

    Sol, tuż przed trzydziestką, staje na życiowym rozdrożu. Porzuca pracę w telewizji, wraca do miejscowości, w której się wychowała, i zastanawia się, co dalej zrobić ze swoim życiem. Tam spotyka znajomego z dzieciństwa, z którym niegdyś należała do Klubu Don Kichota. Okazuje się, że jego ojciec – sławny pan Don, będący dla dzieciaków prawdziwym autorytetem – zaginął i nikt nie wie, gdzie się znajduje. Sol postanawia odnaleźć swojego mentora. Jednocześnie zakłada kanał na YouTubie, na którym relacjonuje swoje poszukiwania, a także wraca wspomnieniami do czasów nastoletnich, kiedy wraz z przyjaciółmi odkrywała dzięki niemu świat literatury i filmu.

    Jeszcze przed rozpoczęciem lektury trochę obawiałam się tej książki. Sądząc po okładce, byłam przekonana, że czeka mnie kolejna healing novel. Całe szczęście okazało się, że „Wypożyczalnia zagubionych marzeń” nie jest typową przedstawicielką tego gatunku. To przede wszystkim opowieść o tęsknocie za przeszłością, pielęgnowaniu wspomnień i powrocie do dobrych chwil. Jednocześnie jest to historia o odkrywaniu siebie, poszukiwaniu własnej drogi oraz próbie odpowiedzi na pytanie, co tak naprawdę chcemy zrobić ze swoim życiem.

    Podróż w poszukiwaniu pana Dona była nierozerwalnie powiązana z historią rozwoju kanału Don Kichot Wideo. Była to również moja osobista przygoda. W momencie ponownego wkroczenia do tego miejsca, gdzie dawniej wisiał szyld wypożyczalni, bardzo zatęskniłam za panem Donem (...) 

    Podobała mi się ta historia. Czytałam ją z ciekawością, początkowo próbując odgadnąć, co stało się z panem Donem, a także odkrywając kolejne elementy układanki dotyczącej jego życia przed otwarciem Wypożyczalni Don Kichot. Sol na różne sposoby docierała do tych fragmentów przeszłości, stopniowo składając je w coraz pełniejszy obraz. Później równie interesujący okazał się sam wątek pana Dona i to, jak bardzo różnił się od ideału stworzonego przez bohaterkę. Jak bardzo był ludzki – pełen wad, problemów i niepewności, która towarzyszyła mu do samego końca. To właśnie te dwa elementy – poszukiwanie prawdy o jego losach oraz zderzenie wyobrażenia z rzeczywistym człowiekiem – sprawiły, że lektura okazała się dla mnie tak interesująca.

    Grupa nastolatków stała się dorosłymi ludźmi, którzy poszli własnymi drogami. Różnorodność ich charakterów, spojrzenia na życie i wyborów zawodowych tworzy barwną mieszankę. Z jednej strony czułam smutek, że w dorosłym życiu nie udało im się pozostać ze sobą bliżej, z drugiej jednak jest to po prostu życiowa prawda. Dorosłość nas zmienia i wymusza wybory, które nie pozostawiają miejsca na taką beztroskę jak kiedyś.

    Przez trzydzieści lat swojego życia wierzyłam. że ludzie się tak po prostu nie zmieniają, więc poczułam się przez niego zdradzona. Wyruszyłam szukać Don Kichota... a znalazłam Sancha? Sancha, który myślał, że jest Don Kichotem? Nie mogłam się z tym pogodzić. 

    Jednocześnie bohaterowie są na tyle wyraziści, że można ich polubić albo wręcz przeciwnie. Mnie najbardziej drażnił syn pana Dona, który niemal we wszystkim upatrywał okazji do zarobku, a pieniądze stały się dla niego swego rodzaju obsesją. Był irytujący w swoim zachowaniu. Z drugiej strony jego historia w pewnym stopniu tłumaczy późniejszą pogoń za pieniędzmi i pozwala lepiej zrozumieć, skąd wzięło się takie podejście do życia.

    Wydawać by się mogło, że to Sol jest główną bohaterką tej powieści, ale przez całą książkę to właśnie pan Don najbardziej mnie intrygował. Z zainteresowaniem odkrywałam kolejne elementy jego życia – poprzednie miejsca pracy, ideały, którymi się kierował, a także decyzje dotyczące rodziny. Niektóre z nich były trudne do zaakceptowania, zwłaszcza że podejmował je, nie licząc się z opinią żony i syna.

    Fascynowała mnie również jego obsesja na punkcie Don Kichota i jego twórcy, Miguela de Cervantesa. A później także życiowe dylematy pana Dona, jego niepewność i ciągłe zastanawianie się, czy dokonał właściwych wyborów. To wszystko sprawiło, że sam w pewnym stopniu przypominał Don Kichota, w którego wcześniej się wcielał. Walczył z własnymi wiatrakami, próbował żyć według swoich ideałów, a jednocześnie nie zawsze potrafił odnaleźć się w zwyczajnym życiu.

    (...) To, co przynosi pieniądze, nie zawsze jest pracą. Muszą być w tym jakaś satysfakcja i jaka wartość. Tak, szukanie pana Dona jest satysfakcjonujące i wnosi wartość do mojego życia. Może tego nie rozumiesz, ale kiedy jako nastolatka czułam się samotna, filmy. które mi pokazał, i książki, o których rozmawialiśmy, pomogły mi przetrwać.

    Bardzo ciekawy wydaje się również kontekst powstania tej książki. Autor otrzymał propozycję pobytu w Hiszpanii, co stało się bezpośrednią inspiracją do stworzenia historii tak mocno łączącej Koreę i Hiszpanię. Jednocześnie w postaci pana Dona można odnaleźć pewne autobiograficzne ślady Kim Ho-Yeon – kryzys twórczy, problemy w branży scenarzystów czy rozterki związane z własną drogą zawodową. To dodatkowa warstwa tej powieści, która nie jest niezbędna do czerpania przyjemności z lektury, ale staje się ciekawym smaczkiem dla tych, którzy po jej zakończeniu chcą zajrzeć nieco głębiej i odkryć, co mogło zainspirować autora.

    Dla mnie – i podejrzewam, że także dla wielu czytelników pamiętających jeszcze czasy wypożyczalni kaset – ten motyw okazał się wyjątkowo nostalgiczny. Wspomnienia Sol o godzinach spędzanych w Wypożyczalni Don Kichot, odkrywaniu nowych filmów i oglądaniu tych polecanych przez pana Dona przywołują obrazy z własnej przeszłości. To przypomnienie czasów, gdy dostęp do filmów nie był nieograniczony, a znalezienie czegoś interesującego wymagało cierpliwości, ciekawości i odrobiny szczęścia. Dzięki temu książka nie opowiada wyłącznie o wspomnieniach bohaterów, ale momentami uruchamia również wspomnienia samego czytelnika.

    „Wypożyczalnia zagubionych marzeń” to książka, która pozytywnie mnie zaskoczyła. Okazała się ciekawą lekturą, podczas której z zaangażowaniem śledziłam poszukiwania pana Dona i odkrywałam kolejne fragmenty jego historii. Jednocześnie znalazłam tutaj znacznie więcej niż tylko opowieść o zaginięciu. To również pełna nostalgii podróż do czasów wypożyczalni kaset, a także historia o konfrontacji wyidealizowanych wspomnień z rzeczywistością. Pan Don okazał się bowiem człowiekiem znacznie bardziej skomplikowanym, niż zapamiętała go Sol. Całość tworzy interesującą opowieść przygodową z refleksyjnym tłem, która skłania do zastanowienia się nad własnymi wspomnieniami, życiowymi wyborami i tym, jak z biegiem lat zmienia się nasze spojrzenie na ludzi, których kiedyś podziwialiśmy. 




  • Autor: Kim Ho-Yeon
  • Tytuł: Wypożyczalnia zagubionych marzeń
  • Tytuł oryginalny: 나의 돈키호테 (naui donkihote)
  • Tłumaczenie: Łukasz Janik
  • Wydawnictwo: Znak Literanova
  • Liczba stron: 448
  • Premiera: 06 maj 2025
  • 6/14/2026

    Poznaj "Dziewczyna w kolorze nadziei" Magdalena Kordel

    Poznaj "Dziewczyna w kolorze nadziei" Magdalena Kordel

    Chciałabym kiedyś napisać inną recenzję, do czegoś się przyczepić — czasem nawet nachodzą mnie takie przekorne myśli. Jednak najnowsza książka Magdaleny Kordel po raz kolejny wciągnęła mnie w swój świat bez reszty. Nowi bohaterowie, nowa historia, ale uczucia, które towarzyszą mi podczas lektury książek autorki, pozostają niezmiennie takie same.

    Natalia przyjechała do Warszawy, by uciec od trudnych i niezwykle bolesnych wspomnień. Udało jej się znaleźć pracę, która daje jej stabilizację i w której dobrze się odnajduje. Trzyma się raczej na uboczu i stroni od życia towarzyskiego. Jednak pewne wydarzenie burzy ten względny spokój — niewłaściwe zachowanie współpracownika, należącego do rodziny szefa, zmusza ją do podjęcia trudnych decyzji. Być może właśnie ten moment okaże się punktem zwrotnym w jej życiu. Tylko czy poprowadzi ją we właściwym kierunku?

    Początkowo byłam zaskoczona sposobem, w jaki autorka wykorzystała współczesne realia naszego kraju oraz pewne kwestie społeczne, które wywołują bardzo różne reakcje. Doceniam ten wątek, ponieważ po raz kolejny przypomina on, że warto dostrzegać człowieka w drugim człowieku.

    Czytelnicy innych książek Magdaleny Kordel dobrze wiedzą, że zwykle wszystko zaczyna się od trudnych sytuacji życiowych i problemów, które wydają się nie do pokonania. Z czasem jednak pojawia się ktoś, kto pomaga bohaterom powoli wyjść z dołka. Tak było i tym razem. Natalia stopniowo odnajduje w sobie siłę, by otworzyć się na coś nowego. Pomagają jej w tym przyjaciele, ale także osoby, które okazują się zupełnie inne, niż początkowo zakładała.

    Po burzliwym początku autorka mocno skupia się na relacjach między bohaterami. Natalia dostaje szansę na nowy związek, jednak najpierw musi zmierzyć się z demonami przeszłości i otworzyć na uczucie, które dopiero zaczyna kiełkować. Z kolei Bernard po śmierci żony nie myśli o nowej relacji. Powolne zbliżenie do Natalii sprawia jednak, że jego serce zaczyna na nowo otwierać się na drugiego człowieka. Ich znajomość zaczyna się w nietypowy sposób, a mimo to od początku coś ich do siebie przyciąga.

    Wczoraj już było. Nawet jeśli tam zostawiłaś kawałek serca, to nie ma do tego powrotu. A teraz daje ci to, co widzisz. I trzeba brać to, co jest dla nas dobre.

    W tej historii pojawiają się trudne tematy, takie jak trauma wojenna, strata bliskiej osoby czy poczucie niepewności. Autorka porusza również kwestie molestowania seksualnego oraz beztroskiego traktowania „zdobywania” drugiej osoby jako niewinnej zabawy. Mimo to wątki te nie przytłaczają opowieści ani nie przesłaniają jej pozytywnego wydźwięku. Wręcz przeciwnie — jeszcze mocniej podkreślają emocje, które narastają wraz z rozwojem akcji i stopniowym odkrywaniem się bohaterów.

    Zresztą Magdalena Kordel umiejętnie wplata w tę historię także zabawne sytuacje i codzienne, życiowe sceny, które doskonale równoważą cięższe momenty i sprawiają, że powieść jest bardzo dobrze wyważona.

    Nie można też zapomnieć o bohaterach drugoplanowych, wśród których zdecydowanie prym wiedzie stryj głównego bohatera. Ten starszy pan całkowicie przeczy stereotypowemu obrazowi swojego pokolenia — jest niezwykle sprawny, ma mnóstwo planów na przyszłość, odkrywa miłość, a dzięki rozległej sieci kontaktów potrafi załatwić niemal wszystko. To niezwykle barwna postać, a jego charakterystyczna gburowatość tylko dodaje mu uroku. Przyznam, że bardzo szybko zyskał moją pełną sympatię.

    Zawsze chciałam zakochać się wiosną. Bo wiosną nic się nie kończy. Wszystko dopiero ma swój początek. 

    „Dziewczyna w kolorze nadziei” po raz kolejny udowodniła pisarski kunszt Magdaleny Kordel, ale także ogromną wrażliwość, dzięki której jej książki pochłania się niemal jednym tchem. Trudne życiowe doświadczenia splatają się tu z nadzieją na przyszłość i nowym początkiem, który wyznacza bohaterom dalszą drogę. Po zamknięciu ostatniej strony trudno nie myśleć o nich z uśmiechem. To właśnie takie książki przypominają, że nawet po najtrudniejszych chwilach można odnaleźć światło i odzyskać wiarę w lepsze jutro. Dają nadzieję, otulają ciepłem i pozostawiają czytelnika z poczuciem szczęścia. 





    • Autor: Kordel Magdalena
    • Tytuł: Dziewczyna w kolorze nadziei
    • Wydawnictwo: W.A.B.
    • Liczba stron: 368
    • Premiera: 20 maj 2026

    5/27/2026

    Jakie maski noszą "Samuraje. Prawdziwa historia" Julien Peltier

    Jakie maski noszą "Samuraje. Prawdziwa historia" Julien Peltier



    Coś niezwykłego wydarzyło się wokół japońskiego wojownika w ciągu ostatnich stu, a może nawet pięćdziesięciu lat. Słowo „samuraj” od razu przywołuje w wyobraźni konkretną postać — pełną ideałów, niezwyciężoną i bezgranicznie oddaną swojemu panu. Co jednak dzieje się wtedy, gdy ten wyidealizowany obraz zderza się z rzeczywistością? Julien Peltier, francuski historyk specjalizujący się w kulturze Wschodu oraz wojskowości, w swojej książce przybliża oblicze samurajów zupełnie inne od tego znanego z filmów czy literatury.

    Julien Peltier pokazuje samurajów z zupełnie innej strony niż ta, do której przyzwyczaiła nas popkultura. To nie tylko honorowi wojownicy wierni kodeksowi bushidō, ale również ludzie pełni sprzeczności — piraci, brutalni żołnierze, mnisi czy polityczni gracze. Autor przygląda się ich duchowości, codzienności, podejściu do sztuki, a nawet seksualności, czyli tematom rzadko pojawiającym się w popularnych opowieściach o Japonii.

    To jednocześnie podróż przez ponad tysiąc lat historii, pokazująca, jak samurajowie zdobywali władzę, budowali własną legendę i stawali się symbolem, który z czasem zaczął żyć własnym życiem — aż po wykorzystywanie samurajskich ideałów jeszcze w XX wieku.

    To, co czuć już od początku lektury, to bardzo przystępny język. Mimo że jest to literatura popularnonaukowa, książka nie przypomina zbioru suchych faktów. Autor prowadzi narrację w ciekawy i angażujący sposób, dzięki czemu czyta się ją z autentyczną ciekawością, stopniowo odkrywając kolejne fakty dotyczące tej grupy społecznej.

    Czytałam tę książkę z ogromną ciekawością, odkrywając początki kształtowania się grupy wojowników, która początkowo nie cieszyła się szacunkiem społeczeństwa i przez długi czas nie stanowiła jednolitej warstwy. Samurajowie często budzili strach, ale równie często byli pogardzani jako jedna z niższych grup społecznych.

    Interesujące było również pokazanie, że przez długi czas to właśnie łuk pozostawał ich podstawowym orężem. Znany nam dziś wizerunek samuraja kształtował się przez wieki i miał wiele wspólnego z walkami klanowymi oraz stopniowym zdobywaniem wpływów. Była to jednak droga oparta częściej na zastraszaniu i sile niż na rzeczywistym podziwie społeczeństwa.

    Dużym plusem książki było osadzenie samurajów w historii Japonii. Autor pokazuje zarówno całą grupę społeczną, jak i poszczególne jednostki przez pryzmat zmian zachodzących w kraju. Dzięki temu samuraj nie funkcjonuje tutaj w oderwaniu od rzeczywistości, lecz staje się częścią historii Japonii i przemian, które ją kształtowały.

    W książce nie zabrakło opowieści o najazdach mongolskich, pierwszym zetknięciu z bronią palną czy działalności misjonarzy katolickich. Wszystkie te elementy nie tylko osadzają samych wojowników w odpowiednich realiach historycznych, ale też pokazują, że Japonia — mimo swojego wyspiarskiego charakteru i wielowiekowego zamknięcia — nie była całkowicie odporna na wpływy zewnętrzne.

    Autor przytacza wiele nazwisk, klanów i historii poszczególnych postaci, ale mimo nagromadzenia informacji książka wciąż pozostaje ciekawa i nie sprawia wrażenia przeładowanej. Dużą zasługą jest tutaj gawędziarski styl autora, który przyciąga do lektury i sprawia, że nawet bardziej historyczne fragmenty czyta się z zainteresowaniem.

    Autor nie poprzestaje jedynie na opisaniu historii samych samurajów, ale sięga również po mniej znane zagadnienia związane z tą grupą społeczną. Pojawiają się tutaj miłośnicy sztuki i jej mecenasi, mnisi wybierający drogę walki, a także bandyci i piraci szukający swojego miejsca na morzach.

    Nie zabrakło również opowieści o seksualności i relacjach między samurajami, a także o ceremoniale herbaty, który z czasem stał się jednym z ważniejszych elementów życia elit. Autor porusza też temat seppuku, pokazując, jak rytuał ten z biegiem lat przekształcił się w karę wykonywaną na mocy wyroku.

    Z tej książki wyłania się obraz samuraja jako postaci bardzo niejednoznacznej, której życie i wybory w dużej mierze zależały od epoki, w której przyszło jej funkcjonować. Autor doskonale pokazuje wady tej grupy społecznej i skutecznie burzy jej wyidealizowany obraz, budowany już w czasach, gdy samurajowie jako klasa społeczna przestali istnieć.

    Książka została podzielona na stosunkowo krótkie rozdziały, wzbogacone dodatkowymi podrozdziałami, co dobrze porządkuje całość i ułatwia lekturę. W tekście znaleźć można liczne odwołania do różnych źródeł — zarówno klasycznych tekstów japońskich, jak i relacji podróżników z innych krajów, którzy na przestrzeni wieków docierali do Kraju Kwitnącej Wiśni. Wszystko to tworzy harmonijny, a jednocześnie wielowymiarowy obraz japońskich wojowników.

    Lektura zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Z jednej strony pokazała samurajów jako ludzi z krwi i kości, a nie wyidealizowane postacie tak odległe od prawdziwego człowieka. Z drugiej autor szczególnie zainteresował mnie tymi mniej oczywistymi elementami samurajskiej codzienności — zaangażowaniem w kulturę, odkrywaniem nowych religii, podróżami emisariuszy do Europy czy nieoczywistymi wyborami dotyczącymi relacji i seksualności wielkich wojowników.

    To z pewnością książka, która pozwala na nowo przemyśleć mit samuraja. Nie niszczy go jednak całkowicie, lecz raczej osadza w realnym życiu i historycznych realiach. To bardzo ciekawa pozycja dla osób zainteresowanych historią Japonii i samymi wojownikami.




    • Autor: Peltier Julien
    • Tytuł: Samuraje. Prawdziwa historia 
    • Tytuł oryginalny: Une autre histoire des samouraïs
    • Tłumaczenie: Justyna Nowakowska
    • Wydawnictwo: RM
    • Liczba stron: 304
    • Premiera: 15 kwiecień 2026


     

    5/24/2026

    Kim są "Dżentelmeni Ziemi Galicyjskiej" Edyta Świętek

    Kim są "Dżentelmeni Ziemi Galicyjskiej" Edyta Świętek


    Kolejna książka Edyty Świętek, którą miałam przyjemność poznać, przenosi czytelnika do Galicji, pozwalając śledzić losy kilku rodzin powiązanych ze sobą poprzez siostry i kuzynki. To jednocześnie opowieść ukazująca życie w Polsce pod zaborem austriackim na przestrzeni kilkunastu lat, w okolicach połowy XIX wieku. Jak zawsze autorka świetnie oddaje klimat tamtych czasów, który wyraźnie czuć już od pierwszych stron.

    Ślub Benedykty z Franciszkiem sprowadza do rodzinnego domu gości z bliższych i dalszych stron. Z odległej Italii przybywa nawet kuzynka Gertruda, która od dziesięciu lat nie odwiedzała rodziny. Małżeństwo Benedykty i Franciszka nie trwa jednak długo, choć jest jednym z nielicznych związków opartych nie tylko na kontrakcie i rodzinnych ustaleniach, ale również na prawdziwym uczuciu.

    To właśnie podczas ślubu zaczynają się pierwsze zmiany w życiu Izabeli, którą upatrzył sobie hrabia Orszand. Choć dziewczyna darzy uczuciem innego mężczyznę, rodzinne decyzje sprawiają, że jej życie staje się samotne i pozbawione nawet namiastki miłości. Z tych małżeństw powoli wyrasta jednak nowe pokolenie — Maurycy, Armando i Walery — którzy, wchodząc w dorosłość, zaczynają odkrywać reguły rządzące światem i miejsce, jakie zostało im w nim wyznaczone.

    „Dżentelmeni ziemi galicyjskiej” to początek nowej sagi Edyty Świętek. Tym razem autorka przenosi czytelnika do Galicji, ukazując świat pełen konwenansów, trudnych kobiecych losów i męskich wyborów. Jednocześnie osadza tę historię w czasie przemian społecznych oraz rodzących się dążeń niepodległościowych, które coraz mocniej wpływały na mieszkańców tych ziem. Dzięki połączeniu warstwy obyczajowej i historycznej książka zyskuje autentyczność, a sama lektura staje się wielowymiarowa.

    Początkowo, zagłębiając się w tę historię, można zastanawiać się nad trafnością tytułu tego tomu. Przez pierwszą część opowieści to bowiem kobiety stanowią jej trzon — cztery bohaterki, których życie potoczyło się zupełnie inaczej. Ich wybory, zarówno te wynikające z uczuć, jak i wymuszone przez konwenanse, sprawiają, że ich drogi się rozchodzą, a każda z nich musi zmierzyć się z innymi doświadczeniami.

    Żadna z tych kobiet nie zaznaje pełni szczęścia. Małżeństwo bez miłości, strata najbliższych, przedwczesna śmierć czy życie z dala od ukochanej ojczyzny pokazują, że kobiety tamtych czasów rzadko mogły decydować o własnym losie. Autorka wyraźnie podkreśla, że często pozostawało im jedynie nauczyć się żyć z tym, co przynosiła rzeczywistość.

    Jednocześnie wraz z upływem czasu dorasta nowe pokolenie i choć pojawia się więcej postaci, to narracja najmocniej skupia się na trzech bohaterach — najpierw chłopcach, a później mężczyznach — którzy dojrzewają, doświadczając przywilejów świata zdominowanego przez mężczyzn. Wywodzą się z trzech rodzin o odmiennych poglądach i zostali wychowani w zupełnie różnych warunkach, jednak łącząca ich przyjaźń sprawia, że razem wyruszają na studia, a później nawet walczą w powstaniu.

    Każdy z nich mierzy się także z własnymi problemami i dokonuje wyborów niosących różne konsekwencje, co sprawia, że ich historie stają się równie ważnym elementem tej opowieści, co losy kobiet z wcześniejszej części książki.

    W historii pojawia się wiele różnorodnych motywów, dzięki którym trudno się przy tej lekturze nudzić. Młodym mężczyznom drogę do świata uciech pokazują ojcowie, zabierając ich do zamtuzów. Inni zdobywają doświadczenia samodzielnie, czasem trafiając przy tym na zupełnie niewłaściwe lektury czy wzorce.

    Autorka pokazuje również, jak silnie kobiety były wtłaczane w przypisane im role. Żony miały przede wszystkim spełniać obowiązki i dbać o dom, kokoty traktowano jak narzędzie męskiej przyjemności, a służące często musiały podporządkowywać się woli swoich panów. Te elementy mocno podkreślają nierówności społeczne i sposób postrzegania kobiet w tamtych czasach.

    Podczas lektury łatwo poczuć sympatię lub antypatię wobec poszczególnych bohaterów. Mnie najbardziej poruszył los Izabeli, która została zmuszona do małżeństwa pozbawionego nawet cienia sympatii, nie mówiąc już o prawdziwym uczuciu. Jednocześnie, gdy podjęła decyzje niezgodne z oczekiwaniami otoczenia, została odrzucona przez własnych rodziców.

    To chyba jeden z najbardziej wyrazistych przykładów pokazujących, jak niewiele znaczyły w tamtych czasach kobiety — zarówno w oczach rodzin, jak i swoich mężów. Ich życie często zależało od decyzji innych, a prawo do własnego szczęścia schodziło na dalszy plan.

    W książce nie zabrakło również tła historycznego oraz politycznych wyborów bohaterów. Akcja rozgrywa się w czasie ważnych przemian — od prób powstańczych w Galicji, w których udział biorą młodzi bohaterowie, przez zniesienie pańszczyzny przez zaborcę, aż po chłopskie bunty, nierzadko kończące się krwawymi atakami na szlacheckie dwory.

    Autorka umiejętnie splata fikcyjne losy bohaterów z prawdziwymi wydarzeniami historycznymi, dzięki czemu opowieść nabiera jeszcze większej wiarygodności. W książce pojawiają się również autentyczne postacie historyczne, które świetnie dopełniają całą historię.

    Zakończenie tej historii urywa się w bardzo ważnym i trudnym momencie, przez co aż chce się jak najszybciej sięgnąć po kontynuację. Ja sama planuję zrobić to zaraz po premierze kolejnego tomu.

    Młodzi bohaterowie wraz z rozwojem akcji i doświadczeniami, jakie przeżywają, stają się coraz bliżsi czytelnikowi, dlatego ich dalsze losy naprawdę mocno mnie ciekawią.

    „Dżentelmeni ziemi galicyjskiej” to kolejna świetna książka Edyty Świętek, która tym razem przenosi czytelnika do XIX-wiecznej Galicji. Na przestrzeni kilkunastu lat śledzimy losy kilku rodzin, a jednocześnie obserwujemy przemiany społeczne i polityczne zachodzące w tamtym czasie.

    Jak zawsze autorka doskonale łączy fikcję z historią, tworząc opowieść pełną emocji, autentyczności i wyrazistych bohaterów. Jej lekkie, a jednocześnie bardzo obrazowe pióro sprawia, że wszystkie elementy tej historii idealnie ze sobą współgrają. To zdecydowanie lektura, po którą powinni sięgnąć miłośnicy sag historycznych.




    • Autor: Świętek Edyta
    • Tytuł: Dżentelmeni Ziemi Galicyjskiej
    • Cykl: W cieniu niewoli #01
    • Wydawnictwo: Mando
    • Liczba stron: 416
    • Premiera: 15 kwiecień 2026
    Copyright © 2014 Książkowe Wyliczanki , Blogger