Wybierając książki na urlop, stwierdziłam, że historia osadzona nad morzem może być świetnym pomysłem. „Dziewczyna znad morza” Doroty Milli trafiła więc do mojej walizki trochę w ciemno. Dopiero podczas lektury zorientowałam się, że jest to drugi tom i że powinnam wcześniej poznać historię drugiej bohaterki, która tutaj pojawia się gdzieś w tle. Sama książka zresztą dość długo czekała na swoją kolej na mojej półce. Czy było warto po nią sięgnąć? Myślę, że tak, choć nie do końca dostałam to, czego się spodziewałam.
Liwia Duńczyk zajmuje się zawodowo zarządzaniem kryzysowym, więc na co dzień zdecydowanie częściej przewiduje problemy, niż pozwala sobie na spontaniczność. Lubi spokojne, uporządkowane życie, czarno-białe filmy i muzykę z dawnych lat. Kiedy niespodziewanie traci pracę, początkowo może się wydawać, że jej świat właśnie się zawalił. Tymczasem utrata dotychczasowego zajęcia staje się dla niej szansą, by zacząć myśleć o sobie i spróbować czegoś nowego. Na jej drodze pojawia się jednak Robert – lider konkurencyjnej grupy, z którym Liwia szybko wchodzi w relację pełną rywalizacji, niechęci, przyciągania i odpychania.
To była ciekawa lektura. Powieść obyczajowa, ale z romansem dość nietypowym. Przede wszystkim spodobała mi się sama Liwia. Jest cicha, spokojna, pracuje po swojemu i zdecydowanie nie należy do osób, które będą walczyć za wszelką cenę. Nie jest typem bohaterki, która za wszelką cenę musi wygrać i będzie dążyć do celu aż do upadłego. Kiedy podstępem odbiera komuś klienta, źle się z tym czuje. I właśnie ta jej niechęć do bezwzględnej rywalizacji wydała mi się bardzo ciekawa.
Tym bardziej interesująca była jej relacja z Robertem. Spodziewałam się raczej klasycznego romansu, który będzie się powoli rozwijał mimo przeciwności. Tymczasem tutaj trudno mówić o delikatnym uczuciu, które od początku prowadzi bohaterów w jednym kierunku. Jest za to walka, rywalizacja i kwestia wygranej. Żadne z nich nie chce odpuścić, a ich relacja opiera się przede wszystkim na ciągłym przyciąganiu i odpychaniu.
Początkowo bardzo mnie to bawiło i byłam ciekawa, dokąd autorka poprowadzi tę historię. W pewnym momencie jednak walka między Liwią i Robertem zaczęła mnie trochę nużyć. Było jej po prostu za dużo, a ja miałam wrażenie, że ich relacja przez dłuższy czas stoi w miejscu i nie posuwa się wystarczająco do przodu.
Miałam też nadzieję, że skoro akcja dzieje się w Gdyni, morze będzie miało w tej historii większe znaczenie. Tymczasem morza właściwie nie uświadczyłam. Za to bardzo podobał mi się nostalgiczny klimat, który tworzyły piosenki i stare filmy. To właśnie te elementy najbardziej budowały atmosferę książki.
Duży plus daję natomiast za rozwój Liwii. Za to, że zaczęła w końcu myśleć również o sobie, a nie wyłącznie o innych. I chyba właśnie ta jej przemiana była dla mnie ciekawsza niż sam wątek romantyczny.
Podsumowując, „Dziewczyna znad morza” okazała się lekką lekturą na lato. Dobrze sprawdziła się podczas urlopu, ale raczej nie jest to książka, która zostanie ze mną na dłużej. Miło spędziłam z nią czas, ale po zamknięciu ostatniej strony nie miałam poczucia, że długo będę do niej wracać myślami.
- Autor: Milli Dorota
- Tytuł: Dziewczyna znad morza
- Cykl: Hana i Liwia #02
- Wydawnictwo: Filia
- Liczba stron: 448
- Premiera: 24 luty 2021


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za każdy zostawiony komentarz.